czwartek, 10 lipca 2014

CZY ŻYJĘ





Bardzo ważne dla mnie by możliwy był powrót do przestrzeni, i do malowania - do przestrzeni z wewnątrz. Bez tego nie jestem pewien, czy na pewno żyję. Bez czego człowiek powinien sobie świetnie radzić? Raz widziałem obrazek w gazecie, gdzie narysowani byli ludzie żądający zwrotu choć odrobiny kultury i natury. Nie jest chyba prawdą, że to luksusy, choć nie zawsze łatwo jest pogodzić dostęp do nich z organizacją życia. Na tym obrazie ten człowiek to w dużym stopniu ja.



piątek, 21 lutego 2014

WSZYSCY JESTEŚMY UKRAIŃCAMI


Kijów – to co widzimy to inna rzeczywistość, ale wcale nie aż tak bardzo.

Po pierwsze – niespójność. Analizy możliwego rozpadu. Przyglądanie się temu jest o tyle pouczające, że pozwala zauważyć, że cała Europa Środkowa w pewnej mierze przypomina śmietnik różnych imperiów. Podróżowanie po tej części świata pozwala podziwiać niesłychanie różne zestawienia kulturowych elementów: język romański w liturgii prawosławnej do niedawna zapisywany cyrylicą, kraj z dla nikogo niezrozumiałym językiem i ludźmi, co nie wierzą, by katolicy mogli mówić jakimś innym, dwa kraje o tym samym języku ale innym alfabecie, muzułmański kraj o języku sprzed cesarstwa rzymskiego, maleńki kraj odwołujący się do starożytnego imperium, o którym sąsiedzi twierdzą, że to ich część, kraj, który nie jest Rumunią bo jego mieszkańcy tak mówią (po Rumuńsku), dwa kraje o tym samym herbie a innej religii, w tym jeden gdzie język tego właśnie kraju jest zakazany, i tak dalej.  Gdy wracamy spotykamy słowiański kraj, który ma ambicje leżeć gdzieś daleko na zachodzie, najlepiej w Ameryce, gdzie i tak zostaniemy potraktowani jak białe niedźwiedzie. Do Ukrainy jesteśmy zazwyczaj więc odwróceni tyłem, ale ten kraj na różne sposoby nas ogromnie dotyczy. Kraj ten w swojej nazwie ma zakamuflowane słowo zadupie. Ale to jest akurat nazwa adekwatna dla całej tej strefy leżącej pomiędzy imperiami - dla nas tak samo. Zawieszenie między wschodem i zachodem zatem znamy. Czujemy się przecież jak Unici, którzy od wszystkich dostają po głowie.  

Każda z powstałych w środkowej europie kulturowych konstelacji przy choćby drobnym zetknięciu staje się tak przekonująca i oczywista, że trudno uważać ją dalej za przypadek. Wszystkie elementy tworzą całość, która jest światem mieszkających tam osób, pozwala im żyć, a żyjąc przetwarzać jej elementy tak, jak morze przekształca niesione przez wodę kawałki, i układa losowo na brzegu tak, że wyglądają, jakby odłożyło każdy na swoje jedyne odpowiednie miejsce.Dziedziczę całą tę spójną – niespójną przeszłość czy chcę czy nie chcę,  bo protest mieści się dalej w tym układzie, jak piosenki Kazika Staszewskiego, pozostając w klimacie pijackiego kazania o Polsce, kościele lub polityce nie są mniej typowo polskie przez to, że krytyczne. Wręcz chyba odwrotnie: wydaje mi się, że Polska potrzebna jest polakom również i po to, by móc na nią rytualnie narzekać. Uciekanie przed własnymi stopami wydaje mi się tak samo trudne jak całowanie się we własne usta. Słowo patriotyzm rozumiem więc raczej jako akceptację całego ciągu przyczyn, prowadzących do tego, co dzisiaj widzę i czuję. Nie chodzi o to, że wszystko było świetnie, ale że jest to jedyne, co mam.

Co może dać tożsamość oparta na paradoksie której bardziej imperialnie nastawieni ludzie typu Limonowa twierdzą, że nigdy nie będzie na tyle nośna, by coś z siebie wykrzesać? Faktycznie, nie wydaje się na razie rodzić imperiów, choć łatwo może rodzić frustratów. Może świadomie przeżywana daje szansę lepszego poznania siebie, bo każda tożsamość ostatecznie oparta jest na paradoksie, choć może on być głębiej ukryty, i, jeśli zaakceptowana – może daje szansę głębszego spotkania innego? Warto sprawdzić.

Patriotyzm rozumiem też jako staranie się – w skali w której mogę się starać. Skala państwa czy kraju wydaje mi się zbyt duża na moje możliwości. Wspólnota narodowa jest przecież raczej socjologiczna, potencjalna lub wyobrażona. Socjologicznie ma podstawy zupełnie realne: Jest wspólnotą losu i wspólnotą opowiadanych historii.  Będąc wspólnotą losu i opowieści potencjalnie rodzi najbardziej zaciekłe podziały i spory bo ani los ani opowieść nie są nigdy identyczne, a mogą być odwrotne. Działając w tej skali politycy wydają się zazwyczaj wprzęgnięci w mechanizmy pozornej debaty będącej rytualną wojną: w tak wielkiej grupie bardzo łatwo się pokłócić, ale bardzo trudno dogadać. Dlatego tak wesoło jest patrzeć, jak w sytuacji masakry na Ukrainie nagle się ze sobą zgadzają odsłaniając kolejną stereotypowo polską (i zaskakująco ludzką) cechę. Patriotyzm nie jest myślę i dla innych mieszkańców tego kraju po pierwsze pielęgnowaniem urazy, ale czymś romantycznym, a skoro tak, to z definicji przekraczającym granice, czymś ludzkim po prostu.

Nie powinien nas zwieść kontrast pańskiej Polski i ludowej Ukrainy – ta różnica przecież świadczy o syjamskim pochodzeniu państw powstałych z Rzeczpospolitej. Jak podziały wewnątrz państwa, tak odział na Polskę i Ukrainę jest przecież nie tylko podziałem na tradycję religijną Wschodu i Zachodu, ale także na szlachtę i lud, który w pewnym momencie się zorganizował. Nieuznanie Ukrainy jako trzeciego równoprawnego narodu Rzeczpospolitej przyczyniło się do upadku tego szacownego państwa, a że w Rzeczpospolitej narodem była tylko szlachta, więc tożsamość Polska pozwala odwoływać się do szlachectwa prawie wszystkim, a Ukraińska prawie nikomu. O ile w Polsce kultura ludowa od czasu, gdy można wyzbyć się piętna klasowego stała się cepelią, na Ukrainie demonstranci umilają sobie stale czas śpiewając pieśni ludowe. Kiedy w czasie pomarańczowej rewolucji byłem w Kijowie, mogłem przyłączyć się do wspólnego śpiewu znając piosenki między innymi od dziadków, którzy jednak o istnieniu kultury ukraińskiej wypowiadają się raczej z rezerwą, bo kultura to jednak Szopen.

Na granicy z Ukrainą można obserwować jak pogranicznicy reprezentujący pańską Polskę traktują Ukraińców. Niepokoi mnie że traktowanie przez nas Ukrainy jak dzikich pól nie odbiega aż tak bardzo od tego, jak traktują ją władcy wywodzący się z ZSRR: są oni po prostu posiadaczami. Na szczęście jest w nas również inna tradycja - solidarności, szczególnie z tymi co walczą o wolność, co walczą ze złą władzą. Brak zaufania do państwa, skłonność do anarchii i organizacji oddolnej też wydają się wspólnym dziedzictwem – to kojarzy się tak z początkiem Ukrainy jak i majdanem, ale i z tym, że będzie bardzo trudno odbudować tam państwo. Jednocześnie przecież polskie największe dokonania i stereotypowe polskie przywary nawiązują do tych samych cech.  

Niezależnie czy dramatyczna sytuacja na Ukrainie prowadzi do wojny domowej, czy do poprawy sytuacji w państwie, majdan jest na pewno przeżyciem prawdziwej wspólnotowości, jaka zatraca się w sytuacji pokoju. Jest też miejscem, gdzie kultura wydaje się czymś żywym i koniecznym. Myślę między innymi o tych śpiewach które nie milkną wcale w kontekście tylu śmierci. W czasie poprzednich protestów ulicznych, jakie doprowadziły do obalenia Kuczmy już czuło się  to w mikro – skali, (a tam przecież nikt ginął, a śpiewy tłumu zagłuszane były nieco przez przebój razom nas bohato.) Wiemy, że grupa jest groźna bo w takiej skali nie wiadomo nigdy co zrobi, ale przecież to właśnie jest żywe społeczeństwo, którego przejawy przeżyliśmy w Polsce, a teraz nieco do niego po cichu tęsknimy.

W komputerze widzimy wszystko jak na dłoni. Taka pozycja zazwyczaj zwiększa beznadziejną bierność, ale sytuacja jest w tym momencie niezwykle prosta: tam są ranni ludzie, którzy nie mogą iść do szpitala, bo stamtąd mogą zostać zabrani przez jakąś milicję i zabici. Trzeba im pomóc, i mieszkańcy Kijowa im pomagają. Bogaty Zachód to w tym momencie my, a tak się składa, że rozumiemy, co się dzieje, i co trzeba zrobić. Potrzebne są pieniądze lekarstwa i ubrania. Dla nas jest szansa na odnalezienie ludzkiej skali, jest szansa na chwilowe wyjście z alienacji. Jest szansa na chwilowe zawieszenie podziałów historycznych, szansa na głębsze poczucie wspólnoty losu. Nie czas na rysowanie mapek ze strefami wpływu, nie czas na weryfikowanie barw politycznych, czas na pomoc.

wtorek, 18 lutego 2014

ROZTOPY NAD WISŁĄ


MAJDAN W REMONCIE

Zima faktycznie przyszła niedługo po poprzednim wpisie, było kilka okazji do zjeżdżania na sankach, było jak zwykle trochę zimowego chorowania, ja nawet zdążyłem pojeździć chwilę w puszczy knyszyńskiej na biegówkach w przerwie między obowiązkami. Poniżej zdjęcie z obowiązków remontowych: ułożony przez Szwagra zbiór cegieł z rozbiórki ściany, którego dokonaliśmy omawiając temperaturę na Kijowskim majdanie. Cegły, jak widać miały w tamtych latach własne charaktery, a układanie z nich wydobywa element wspólny, zbiorowy. Nośność skojarzeń jakie mogą się w takim kontekście pojawić i oszczędność formy kwalifikuje ten obiekt niemal do galerii, albo nawet lepiej - doskonale się go podziwia w remontowanym mieszkaniu, gdzie wspaniale spoczywają przyprószone pokrywającym wszystko pyłem pochodzącym z kucia tynku. Przestrzeń galeryjna nie powinna być wymagana do takich zabaw, wręcz przeciwnie, wydaje się je raczej psuć wprowadzając nastrój niepotrzebnego piedestału. Niezależnie czy mowa o kupce cegieł, czy obrazie, nad którym pracujesz wiele dni, sztuka nie przestaje być sposobem patrzenia, i wymaga umysłowości bliskiej dziecka i wioskowego głupka. Dlaczego sztuka 20 wieku stała się więźniem galerii, zamiast, zgodnie z postulatem stać się częścią życia? Chyba dlatego, że niewiele osób chce robić z siebie głupka.


wtorek, 14 stycznia 2014

LAND ART, RYTM I ZMIANY KLIMATU

Uciążliwy brak zimy spowodował, że żyjemy w jakimś permanentnym listopadzie. Wiadomo, trudno powiedzieć czemu, każdy rok jest troszkę inny, jak coś zależy od tylu czynników, to trudno dokładnie  takie coś przewidzieć. Zimy, jak i inne zjawiska przyrodnicze, mają prawo i obowiązek być różne. W ciągu ostatnich 30 lat pamiętam jednak kilka takich paskudnych zim, które jak słyszałem wcześniej raczej się nie zdarzały, a to już wskazuje na jakąś zmianę. Od dziecka trzymam kciuki za zimę, tak utrudniającą skądinąd wielu ludziom życie. Fakt, że trudno ostatecznie wyjaśnić zmiany klimatu z braku kilku globów do eksperymentów, oraz że wszyscy wolimy nasmrodzić jak najwięcej bez oglądania się na skutki wcale mnie nie pociesza, i nie dostarcza dobrej odpowiedzi dla dzieci, czekających na śnieg.  W ramach przywoływania zimy - trochę zeszłorocznego dziecięcego land artu. Każda kreska wyszła też trochę inaczej. Interesuje mnie taki graficzny efekt powtarzalności i rytmu połączonego z różnorodnością, właściwy zjawiskom przyrodniczym.










środa, 30 października 2013

OBRAZY Z LASU


Obrazy to nie jest coś, co bym mógł szczegółowo planować, bardziej przypominają na przykład grzyby, coś co się zbiera, co się spotyka, co jest takie, ponieważ takie właśnie jest, bo wyrasta z tego, z czego wyrasta. Mogą przypominać też krajobraz, bo podobnie jak on nie przekazują żadnej tezy którą dałoby się opowiedzieć, nie są sztandarem żadnej wojny, ani też nie są dla ozdoby, natomiast jeśli się uda – raczej otwierają jakąś przestrzeń. Są z lasu, chociaż przecież są z człowieka, też w tym sensie, że powstają tylko w jakimś nieucywilizowanym obszarze. Moje obrazy są też z lasu dlatego, że po prostu nawiązują do moich doświadczeń, do tego co często oglądam.

Malowanie nie jest dla mnie kopiowaniem natury, nie chodzi więc o żadną atrapę. Nie wydaje mi się też bym mógł próbować być jakimś  rywalem natury i tworzyć sztuczną rzeczywistość. Chciałbym by malowanie było raczej zapisem uczestniczenia, związku ze światem, przejawem mojej własnej natury, która okazuje się bardziej wyraźna wtedy, gdy zrezygnuję choćby trochę z niektórych stref bezpieczeństwa, w których wszyscy ugrzęźliśmy. Przestrzeń, środowisko jest dla człowieka wyzwaniem, czasem zagrożeniem, ale to właśnie ono w swoich najróżniejszych przejawach pozwala żyć. Nie da się przecież bez efektów ubocznych wszystkiego aplikować w formie pastylek. W szczególności nie da się życia aplikować w ten sposób.  
Od 9 listopada do końca miesiąca będzie na szpitalnej 6 wystawa moich malunków. Chciałbym, żeby wystawa nie była po prostu przedmiotami przyczepionymi do ściany, jak jakieś poroża i inne szczątki martwych, dawniej wspaniałych istot, które kiedyś tak pięknie mogły galopować. Proszę więc też ewentualnego widza, by raczej spróbował czy da się tu zgubić i znaleźć, niż denerwował się tym, czy da radę ubić jakąś sztukę za pomocą trików znawcy. Bardzo zapraszam, mam nadzieję że będą okazje, żeby spokojnie pooglądać i porozmawiać.

poniedziałek, 23 września 2013

W NADMIARZE






                                         

Długa droga przez cały dzień i wracanie do domu - eksperyment wielokrotnie przeprowadzony na sobie i innych. Mało jest rzeczy przyjemniejszych niż wrażenie wypełnienia dnia po brzegi widokami i historiami. Czasem ci którzy wracają mają ogromną potrzebę opowiadania o swoich przygodach - widzę to co roku, na wielu grupach ludzi. Malowanie po powrocie do domu jest jak opowiadanie - gorączkowo usiłuje wyrazić wszystko na raz, zmieścić wszystko. Trudne łączenie elementów ułatwiają niedomówienia czy mniejsza dosłowność, bo w podtekście jest nadzieja na syntezę, na to, że wszystkie elementy łączy jakiś tajemniczy związek. I że łączy je dramaturgia przypominającą tę, jaka jest w każdym długim marszu, gdzie to co widzisz zabarwiane jest emocjami związanymi z kolejnymi etapami drogi, połączone przez to, że widziane przez tę samą osobę, od wyjścia do powrotu. Poniżej obrazek namalowany w domu na zdjęciu powyżej, czyli w gajówce w Machnaczu, po wycieczce na badanie bobrowisk w okolicy Lebiedzina, kiedy to jeszcze te okolice nie były mi w ogóle znane. Teraz mam wrażenie że podobna zasada rządzi więkrzością moich obrazów - to by jakoś tłumaczyło ich kompulsywność i wrażenie nadmiaru. Tłumaczyłoby też chęć osiągnięcia harmonijnej, kontemplacyjnej całości z nadmiaru elementów.





piątek, 2 sierpnia 2013

CZŁOWIEK I NAZWA




Przypomnienie z jakiegoś wyjazdu: człowiek i nazwa miejscowości. Miejsce, gdzie spotyka się człowieka, nazwa jakaś, mogą mieć znaczenie. Często jestem ciekaw człowieka z innych stron - nazwa niby ogranicza, jest jakąś kategorią a nie samym spotkaniem, stwarza więc niebezpieczeństwo uprzedmiotowienia. Z drugiej jednak konkretyzuje, mówi o tym gdzie i jak się spotykamy, budzi ciekawość, pozwala skupić uwagę. Spotykam jednak człowieka, nie nazwę. Sama nazwa nic nie mówi, w kontekście przeżycia jakim jest spotkanie staje się jakimś enigmatycznym rebusem. Sama twarz - prosty układ form oczu, nosa i  ust jest ogromnie silnym bodźcem powodującym zawsze choćby minimalny wstrząs. Mózg człowieka jak wiadomo reaguje na twarze niezwykle nawet uproszczone, bo schemat bodźca kluczowego jest prosty. W swojej prostocie schemat ten przypomina maskę, jednak właśnie gra prostych bodźców otwiera możliwość spotkania.  Powyższy rysunek raczej intuicyjnie nawiązuje do dialektyki tych elementów.

RAZEM


Dawny rysunek - na pamiątkę wspólnego jeżdżenia autobusem. (historia romantyczna).