niedziela, 26 sierpnia 2012
MAKATKA
Powyżej bardziej pochmurna z ptakami, poniżej niezmiernie wesoła z autobusem. W zeszłe wakacje widziałem wspaniałą makatkę z jeleniami, w tym roku widziałem z bocianami i choć były bardzo dziwne, nikt nie widział powodu ich komentować z wyjątkiem mnie, więc teraz ja udaję że wszystko jasne.
środa, 22 sierpnia 2012
czwartek, 2 sierpnia 2012
NAD MORZEM, Z RODZINĄ
W zeszłym roku byliśmy przez tydzień nad morzem, bo wiadomo że dla dzieci jest to wspaniałe - grzebią w piasku, brodzą w wodzi pod warunkiem że są niezbędne płycizny, znajdują patyki, z lękiem i fascynacją znajdują meduzy i glony. Wiadomo też, że dla Dominiki to wspaniałe. Od lat nie byłem nad morzem, bo kiedy byłem mały - bałem się fal, a kiedy bylem większy dodatkowo nudziło mnie plażowanie. Potem jakieś krótkie wizyty przy okazji. Teraz rodzina mnie przymusiła, wbrew wyraźnym protestom, i okazało się że morze jest zupełnie fascynujące. Wspólne życie rozszerza jednak horyzonty. Starałem się rysować, by te nowe wrażenia jakoś zachować. Nad morzem wyraźniej wybijają się postacie na tle mieniących się płaszczyzn morza i plaży. Wobec morza ich ruch, ich miejsce ma w sobie coś przygodnego, dowolnego, ale i ostatecznego zarazem. Robią się ważniejsze, ale i to co z tyłu, wydaje się tym bardziej je pochłaniać. Miejsce na plaży, z ręcznikiem i rzeczami jest miejscem, gdzie siedzisz i obserwujesz jakąś błękitną nieskończoność. Podział na cielesne i metafizyczne powinien być zupełnie nieistotny. Kiedy pływasz to co groźne i przerażające delikatnie i ciepło cię kołysze. To co było przerażające i nudne stwarza ci nową szansę. Jednolita płaszczyzna morza rozkłada się na tysiące kolorowych błysków, woda odsłania tysiące tańczących wodorostów i meduz, patyczków, bursztynów, maleńkich skorupiaków, muszelek, kamyków. Wyrzucone na plażę obiekty: korzenie, gałęzie, kamyki, szkiełka, butelki i buty, bliskie surrealistycznym formom, wszystkie są otoczone przez piasek tak, że każdy ma swoje, specjalnie dla niego stworzone miejsce. Z trudem przyswajałem tę trudną wspaniałość - obiecankę pogodzenia wszystkiego, tego, od rozdzielenia czego się zaczęło w jakimś geologicznym, biblijnym i rozwojowym sensie. Szybko osiągałem przedawkowanie, i chciałem jeździć rowerami po żuławach. Po powrocie namalowałem tylko jeden morski obraz - tryb rodzinny pozwolił na razie na niejasny przedsmak tego, co umożliwił. Trudno tez zajmować się morzem: jest zbyt totalne. Dlatego tutaj poniżej rysunki
CUD W SOKÓŁCE
Kolejne wizyty na Podlasiu, tez w czasie wakacji, z Dominiką i dziećmi. Mnóstwo wspomnień. Tutaj poniżej kawałek tekstu, który był opisem mojego dyplomu.
Dyplomowemu cyklowi
obrazów nadałem tytuł „Cud w Sokółce”. Słowo cud odwołuje się do osobistego,
istotnego przeżycia. Cud jednak łatwo zmienić w wydarzenie medialne lub
polityczne – przestaje być wtedy cudem. Tak samo jest, myślę, z malarstwem.
Cud, podobnie jak sztukę łatwo podejrzewać o oszustwo lub tani chwyt. Oglądanie
obrazów wymaga więc pewnego zaufania. Sokółka jest miejscem, w pobliżu którego
często pracuję w lesie. Jest miastem czterech wielkich tradycji pozostającym
zazwyczaj poza wydarzeniami medialnymi i politycznymi, poza światem stworzonym
w całości z myślą o konsumencie. Ponieważ cuda dzieją się zazwyczaj w jakimś
sensie gdzieś na peryferiach, wydaje mi się, że istotne przeżycia niekoniecznie
mierzone są postępem cywilizacyjnym. Malarstwo, z wszystkimi swoimi
ograniczeniami leży gdzieś na peryferiach cywilizacji. Chciałbym skupić się na
samej instynktownej potrzebie malowania, a nie na tym, by sprostać jakimś
standardom. O ile pojęcie geniuszu wydaje mi się zwodnicze, z radością
wspominam postać Krzysztofa Gieniusza, naiwnego malarza z Sokółki, dla którego
malarstwo jest życiową potrzebą. Wydaje mi się, że malarstwo właśnie wymaga
pewnego rodzaju naiwności: wiary, że w materii może tkwić jakiś duch, i że
potrzeba szczerego malowania nie jest czymś czego należałoby się wstydzić.
(uwaga ten obraz trzeba sobie powiększyć tak by był większy niż ekran)
poniedziałek, 2 lipca 2012
DERKACZE I NOC ŚWIĘTOJAŃSKA
.
Najwięcej słońca, najdłuższe dni, najkrótsze noce, ale właśnie ta pora roku kojarzy mi się szczególnie z chodzeniem po nocy: przez osiem lat od maja do lipca na podmokłych łąkach w puszczy kampinoskiej badałem derkacze. Teraz siedzieliśmy przy ognisku z okazji imienin Jasia i moich urodzin. Nocą temperatura jest świetna, długo jest jasno, słońce zachodzi godzinami, co jest bardzo przyjemne i daje poczucie bezpieczeństwa, ale powoli wszystko się zmienia. Pierwsza rzecz to pojawianie się mgły i znikanie krajobrazu w ciemności, druga to pojawianie się szczegółów w świetle latarki: na przykład trzcin czy krzaków przed nosem. Inaczej człowiek się orientuje, układając całą przestrzeń z tych krótkodystansowych widoków.
Druga rzecz to pojawianie się innych odgłosów, innych zwierząt: słonka, bekas, żuraw, derkacz, sarna, tupanie biegających łosi. Nie wiem czy to się wszystko da namalować. Tutaj poniżej gasnący zachód słońca, ciemniejący krajobraz, i rośliny w chłodnym świetle latarki, wciąż jeszcze małymi źrenicami odbieranym jako słabe. Lubię ten efekt dwóch różnych świateł.
.
wtorek, 26 czerwca 2012
ZASŁANIANIE I ODSŁANIANIE
Ukrycie, zasłanianie, zamalowanie, zagubienie, zagrzebanie - jak w lesie, w materii, w farbie. W lesie to co jest bliżej zasłania, ale to właśnie las - czyli zasłanianie jest tym, co się tam ogląda, w czym się uczestniczy. Dialektyka zasłaniania i odsłaniania w obrazie najwyraźniej podkreślona i opracowana jest w ikonostasie. Ikonostas przez to, że jest ścianą oddzielającą od prezbiterium eksponuje tak samo fakt ZASŁANIANIA przez obraz rzeczywistości duchowej, jak i ODSŁANIANIA, ponieważ ikona jest oknem. Sam ikonostas jak widziałem w niektórych, na przykład bałkańskich wersjach, wypuszcza liście i gałęzie. Złote tło Ikony, symbolicznie oznaczające przecież niebo, w wersji ludowej, na przykład w ikonie karpackiej wypełniają liście i rytmiczne wzory. Te rytmy, liście i gałęzie to jest materia, ta którą widzimy i dotykamy, ta która jest naszym biologicznym życiem, i zarazem ta, która jest ludzkim instynktem poszukiwania piękna i instynktem poszukiwania świętości. Takim który każe przystroić sztucznymi kwiatkami kapliczkę na jakimś starszym podwórku w Warszawie. Przeciwstawienie materii i ducha jest więc chyba w jakimś sensie fałszywym tropem: tylko w materii można spotkać ducha. Nie chciałbym instynktów zdobniczo-kwiatkowych odrzucać w imię jakichś idei i wartości - wręcz przeciwnie. Nie chciałbym malując zapominać o problemie zasłaniania dążąc na przykład do iluzji: wolę podkreślić podwójne znaczenie obrazu. Nie chciałbym w jakikolwiek sposób w obrazach wydzielać jako osobną dziedzinę "duchowości", chciałbym, by one wszystkie odnosiły się do całego człowieka.
Poczucie zagubienia w lesie może być nieprzyjemne, dopóki nie poczuję, że właściwie w każdym miejscu tego lasu jestem w domu - wtedy zagubienie jest zadomowieniem. Jak wyglądałby ten eksperyment na polu życia "duchowego"- czyli po prostu w skali bardziej totalnej? Chyba dokładnie nie wiem, ale taka możliwość wyraźnie jest zawarta w historii Wcielenia.
środa, 20 czerwca 2012
DRÓB I CZŁOWIEK
.
Po pierwsze ptaki uciekają. Drób o tyle jest dziwny, że nie ucieka, i można by go malować, nawet z natury ale trzeba by się zdobyć na zrobienie z siebie głupka. Pierwszy z tych obrazków to przepiękne kaczki profesora Tarasewicza - przytransportowane na akademię specjalnie by je malować. Bardzo mi się podobały i skupiłem się na tym że ładnie wyglądają - wyszło jakieś malarstwo barokowe. Jestem zadowolony z efektu, ale to raczej nie do końca mój obraz, tylko obraz akademicki. Dalsze obrazki to wrażenia z różnych wycieczek: wrażenie jakie zostawia spotkana kura czy kogut. Ważny robi się kształt i miejsce. Łażą po podwórkach nie mniej egzotyczne potwory, choć nie trzeba wcale ich podziwiać. Świadczą o obecności człowieka, ale nie są ludźmi. Są jakimś żywiołem podwórkowym, któremu ze zdziwieniem można się jednak przyglądać. Są zupełnie zwyczajne i całkiem symboliczne. Te są moje.

Takie cechy zachowują dla mnie również te, które nie łączą się z żadnym osobnym wspomnieniem, ale wspomnieniem bardziej uogólnionym.
wtorek, 12 czerwca 2012
DOMINIKA I DZIECI
Jaś ma już dwa lata, a dzisiaj czwarte urodziny Heli. Wczoraj w pośpiechu wybraliśmy jakiś prezent, dzisiaj zanim do końca się obudziłem, już go daliśmy. Szliśmy we trójkę do przedszkola, rozmawiając o najróżniejszych sprawach - już są duzi. Nie tak dużo zdążyłem namalować takich obrazków jak tu widać, nie tak może dużo nawet zrobiliśmy zdjęć, ani się obejrzeliśmy. Trudno jest zdążyć przeżyć coś tak dziwnego. Wszystko to uciekło, a jednak było wiele takich momentów kiedy czas się zatrzymał - właśnie też dzięki temu że naraz to wszystko tak bliskie i tak dziwne. Dlatego dzisiaj kilka obrazków (poniekąd) z Dominiką i dziećmi.
i jeszcze jeden - chyba jednak dwa lata temu z kawałkiem to było...
wtorek, 10 kwietnia 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)





