Ciepło, słoneczniki, doliny otoczone pagórkami, wyższe góry, bydło wędruje drogami, błoto, pasterze, rozmowy. W kolejnych krajach te same znane elementy są stopniowo coraz bardziej przeskalowane zmienione. Wreszcie to, co tu jest szczegółem, jakimś ledwo dostrzegalnym aspektem tam stanowi najważniejszy element, inaczej więc postrzega się świat po powrocie, nawet po kilku latach.
poniedziałek, 19 września 2011
NA POŁUDNIE
Ciepło, słoneczniki, doliny otoczone pagórkami, wyższe góry, bydło wędruje drogami, błoto, pasterze, rozmowy. W kolejnych krajach te same znane elementy są stopniowo coraz bardziej przeskalowane zmienione. Wreszcie to, co tu jest szczegółem, jakimś ledwo dostrzegalnym aspektem tam stanowi najważniejszy element, inaczej więc postrzega się świat po powrocie, nawet po kilku latach.
czwartek, 21 lipca 2011
JAK SPOTKAŁEM ZWIERZĘ
.

Zwierzę na obrazie jest szczególnym elementem. Po pierwsze można się ucieszyć rozpoznając jego sylwetkę wśród otaczającego krajobrazu, jak mój półtoraroczny syn na obrazku powyżej. Zwierzę jest więc bohaterem, jest zrozumiałe, że pojawia się na pierwszym planie. Jest bohaterem, ale bardziej tajemniczym niż człowiek. Nie wiadomo co ma na myśli, i czy coś ma. Nie spodziewamy się po nim wypowiedzi, przekazu jakichś treści. Jednak patrzy, wyczuwa się lub zgaduje jakieś emocje.

Zwierzę jest też bardziej elementem krajobrazu: jest bardziej z nim związane powiedzmy ewolucyjnie. Pojawia się też jako jego element nie zobowiązując do takiej reakcji, jak człowiek. Ale drugiej strony, kiedy wyskakuje z krzaków, chwilę przystanie - człowiek się też zatrzymuje patrząc na zwierzę, zanim ono znów zniknie wśród roślin.


Chwila spotkania ze zwierzęciem jest bardzo szczególna i tajemnicza, człowiek całkowicie na chwilę zatraca się w patrzeniu. Zwierzę w zoo jest przecież przez brak krajobrazu, i sytuację muzeum w dużej mierze nieprawdziwe. Bardzo ciekawe jest oglądać jak jest zbudowane, ale to jest już jakaś inna sprawa. Widać z resztą na załączonych obrazkach, że nie skupiałem się na tym, interesującym mnie przecież aspekcie konstrukcyjno -zoologicznym. Chodziło raczej o to, że jako element obrazu zwierzę w moim odbiorze podkreśla szczególny charakter trwającego momentu, jednocześnie nie konkludując o co właściwie chodzi.



Zwierzę na obrazie jest szczególnym elementem. Po pierwsze można się ucieszyć rozpoznając jego sylwetkę wśród otaczającego krajobrazu, jak mój półtoraroczny syn na obrazku powyżej. Zwierzę jest więc bohaterem, jest zrozumiałe, że pojawia się na pierwszym planie. Jest bohaterem, ale bardziej tajemniczym niż człowiek. Nie wiadomo co ma na myśli, i czy coś ma. Nie spodziewamy się po nim wypowiedzi, przekazu jakichś treści. Jednak patrzy, wyczuwa się lub zgaduje jakieś emocje.

Zwierzę jest też bardziej elementem krajobrazu: jest bardziej z nim związane powiedzmy ewolucyjnie. Pojawia się też jako jego element nie zobowiązując do takiej reakcji, jak człowiek. Ale drugiej strony, kiedy wyskakuje z krzaków, chwilę przystanie - człowiek się też zatrzymuje patrząc na zwierzę, zanim ono znów zniknie wśród roślin.

Chwila spotkania ze zwierzęciem jest bardzo szczególna i tajemnicza, człowiek całkowicie na chwilę zatraca się w patrzeniu. Zwierzę w zoo jest przecież przez brak krajobrazu, i sytuację muzeum w dużej mierze nieprawdziwe. Bardzo ciekawe jest oglądać jak jest zbudowane, ale to jest już jakaś inna sprawa. Widać z resztą na załączonych obrazkach, że nie skupiałem się na tym, interesującym mnie przecież aspekcie konstrukcyjno -zoologicznym. Chodziło raczej o to, że jako element obrazu zwierzę w moim odbiorze podkreśla szczególny charakter trwającego momentu, jednocześnie nie konkludując o co właściwie chodzi.

środa, 20 lipca 2011
środa, 13 lipca 2011
NIKT NIE BĘDZIE Z TEGO STRZELAŁ
.

Kiedy pracowałem w szkole podstawowej, która wciąż musiała zmieniać siedzibę, z powodu prześladujacych ją różnych przygód, w kolejnych miejscach trzeba było się jakoś urządzać. Pomagałem w tym często panu, który wykonywał rozmaite takie prace. Często ja trzymałem tablicę, a on powoli mierzył, i przykręcał. Że tablica była ciężka, byłem wdzięczny, że jego ulubionym hasłem było: "nikt nie będzie z tego strzelał", usprawiedliwiające jakąś ewentualną koślawość. Potem jednak pomyślałem, że to brzmiało jak jakieś zaklęcie, przeciwdziałające przemocy: magia sprawiająca, że krzywo powieszona tablica uchroni dzieci od krzywdy, jaka im się może w szkole stać. Wielokrotne wieszanie tablic wynikało natomiast z tego, że dla tej szkolnej społeczności były rzeczy ważniejsze niż budynek i formalna tożsamość - tak naprawdę nie trzeba było już zaklęć. Nie wdrażano tam rozwiązań generowanych mechanicznie przez system edukacyjny, można natomiast było spotkać ludzi, z ich różnymi niedoskonałościami. Lepsze to jednak, niż spotkanie z perfekcyjną maszyną.
Nazywając wystawę malunków "nikt nie będzie z tego strzelał" nie miałem bynajmniej na myśli, że jest mi wszystko jedno co i jak maluję, ale właśnie chodziło mi o ten magiczny zabieg, jakiego dopuszczaliśmy się z Panem Kazimierzem. Bo czemu maluję tak koślawo? Przecież da się wszystko odmalować wyraźniej, czy dokładniej. Oczywiście zależy czego ta precyzja ma dotyczyć. Precyzja w tym przypadku dotyczy tego, by obraz mógł być rytuałem porządkującym świat wewnętrzny, pozwalającym na uczestniczenie, ale i unieważniającym czas i przestrzeń.
Zastanawiam się nad znaczeniem jakie mają dla mnie moje obrazy, i to jest mniej więcej właśnie coś takiego. Trudno jednak to dokładnie opisać, określenia pozostaną mętne, podczas gdy zjawisko jest w miarę proste. Podczas gdy trudno opisać czemu ludzie lubią muzykę, łatwiej i często lepiej coś zagrać, zaśpiewać lub posłuchać. Wokół muzyki nie narosło jednak tyle nieporozumień, co wokół malarstwa. Dlatego staram się sprecyzować o co tutaj może chodzić. Jasne, że przede wszystkim o to, że ktoś lubi rysować, i że lubi dopasowywać do siebie kształty i kolory. Jeśli jednak zastanawiam się nad przyczyną u siebie, słowo rytuał najbardziej pasuje. Rytuał jednak jest dowodem słabości. Po co komu rytuał? Jeśli musi pojawić się rytualne rozwiązanie, to znaczy że istnieje problem.
Słabość jest jednak, na tej samej zasadzie, przyczyną całej kultury: kultura człowieka wynika ze słabości naszych przodków wobec wielkich przestrzeni sawanny. Ze słabości wobec dużej grupy, wymuszonej przez drapieżniki i mięsożerny tryb życia. Ze słabości wobec komplikacji własnego mózgu, własnych emocji. Kultura zapewniała różne rodzaje rytuałów, w tym na przykład opowieści, baśnie czy mity których historia pozwalała przeżywać wielokrotnie coś, co było tak skonstruowane by porządkowało świat wewnętrzny, by porządkowało grupę, by pozwalało żyć. Podobno dzieciom trzeba opowiadać bajki - są potrzebne do rozwoju. Ja się jednak trochę boję bajek. Obraz jest specyficznym rytuałem, pozwalającym przeżywać wszystko na raz, w jednym momencie, a nie na przykład tak jak w bajce - najpierw grozę, potem ulgę. W tym sensie unieważnia kolejność, ograniczenie, czas. Jeśli jest udany, jest samym szczęśliwym zakończeniem pojawiającym się z koniecznością wynikającą ze spójności elementów. Elementy lubię jeśli są wieloznaczne, albo łączą w sobie przeciwieństwa, pozostawiają możliwość różnej interpretacji, wywołują więc ruch między różnymi możliwymi obrazami, sugerują ogarnianie wszystkiego, całości.
Takie malowanie wymaga naiwności, jest u mnie z konieczności koślawe. Nie może uciekać się do zbyt potężnych chwytów, na przykład iluzji czy fabuły sugerujących że chodzi tu o coś zupełnie innego. Takie malowanie łatwo podejrzewać o fałsz: ktoś napaćkał i dorabia teorię. Obraz może w ogóle zatem zostać pominięty: wymaga uczestniczenia, nie narzuca się, łatwo go ośmieszyć, jest bezbronny. Jest jednak, o ile którykolwiek się udał, objawem żywotności tej przyrody, jaką jest człowiek. Jest w tym sensie zjawiskiem przyrodniczym, podobnie jak jeleń. Wyraża jednocześnie w swój nieudolny sposób przeczucie możliwej metafizyki.
Można, i to się chyba bardzo często dzieje - w sztuce szukać czegoś zupełnie innego. Można nie mieć zaufania do tych machinacji domorosłej alchemii z nieco metafizycznym podtekstem. Taka sztuka nie jest wtedy zupełnie groźna. Nie ma w sobie mechanicznej skuteczności przymuszania do patrzenia. Nie ma też teoretycznego zobowiązania, by wszyscy czuli tak samo. Nie jest to przecież żaden pouczający manifest jednej sztuki przeciw innej, to raczej próba analizy tego, co się samemu robi, próba przekazania jakichś wyników doświadczeń, wyznanie, próba uwspólnienia. Obrazy jeszcze mniej niż tablice służą do pouczania. Jeszcze więcej mogą mieć śladów działania człowieka - śladów z konieczności koślawych. Nikt nie będzie z tego strzelał.


Kiedy pracowałem w szkole podstawowej, która wciąż musiała zmieniać siedzibę, z powodu prześladujacych ją różnych przygód, w kolejnych miejscach trzeba było się jakoś urządzać. Pomagałem w tym często panu, który wykonywał rozmaite takie prace. Często ja trzymałem tablicę, a on powoli mierzył, i przykręcał. Że tablica była ciężka, byłem wdzięczny, że jego ulubionym hasłem było: "nikt nie będzie z tego strzelał", usprawiedliwiające jakąś ewentualną koślawość. Potem jednak pomyślałem, że to brzmiało jak jakieś zaklęcie, przeciwdziałające przemocy: magia sprawiająca, że krzywo powieszona tablica uchroni dzieci od krzywdy, jaka im się może w szkole stać. Wielokrotne wieszanie tablic wynikało natomiast z tego, że dla tej szkolnej społeczności były rzeczy ważniejsze niż budynek i formalna tożsamość - tak naprawdę nie trzeba było już zaklęć. Nie wdrażano tam rozwiązań generowanych mechanicznie przez system edukacyjny, można natomiast było spotkać ludzi, z ich różnymi niedoskonałościami. Lepsze to jednak, niż spotkanie z perfekcyjną maszyną.
Nazywając wystawę malunków "nikt nie będzie z tego strzelał" nie miałem bynajmniej na myśli, że jest mi wszystko jedno co i jak maluję, ale właśnie chodziło mi o ten magiczny zabieg, jakiego dopuszczaliśmy się z Panem Kazimierzem. Bo czemu maluję tak koślawo? Przecież da się wszystko odmalować wyraźniej, czy dokładniej. Oczywiście zależy czego ta precyzja ma dotyczyć. Precyzja w tym przypadku dotyczy tego, by obraz mógł być rytuałem porządkującym świat wewnętrzny, pozwalającym na uczestniczenie, ale i unieważniającym czas i przestrzeń.
Zastanawiam się nad znaczeniem jakie mają dla mnie moje obrazy, i to jest mniej więcej właśnie coś takiego. Trudno jednak to dokładnie opisać, określenia pozostaną mętne, podczas gdy zjawisko jest w miarę proste. Podczas gdy trudno opisać czemu ludzie lubią muzykę, łatwiej i często lepiej coś zagrać, zaśpiewać lub posłuchać. Wokół muzyki nie narosło jednak tyle nieporozumień, co wokół malarstwa. Dlatego staram się sprecyzować o co tutaj może chodzić. Jasne, że przede wszystkim o to, że ktoś lubi rysować, i że lubi dopasowywać do siebie kształty i kolory. Jeśli jednak zastanawiam się nad przyczyną u siebie, słowo rytuał najbardziej pasuje. Rytuał jednak jest dowodem słabości. Po co komu rytuał? Jeśli musi pojawić się rytualne rozwiązanie, to znaczy że istnieje problem.
Słabość jest jednak, na tej samej zasadzie, przyczyną całej kultury: kultura człowieka wynika ze słabości naszych przodków wobec wielkich przestrzeni sawanny. Ze słabości wobec dużej grupy, wymuszonej przez drapieżniki i mięsożerny tryb życia. Ze słabości wobec komplikacji własnego mózgu, własnych emocji. Kultura zapewniała różne rodzaje rytuałów, w tym na przykład opowieści, baśnie czy mity których historia pozwalała przeżywać wielokrotnie coś, co było tak skonstruowane by porządkowało świat wewnętrzny, by porządkowało grupę, by pozwalało żyć. Podobno dzieciom trzeba opowiadać bajki - są potrzebne do rozwoju. Ja się jednak trochę boję bajek. Obraz jest specyficznym rytuałem, pozwalającym przeżywać wszystko na raz, w jednym momencie, a nie na przykład tak jak w bajce - najpierw grozę, potem ulgę. W tym sensie unieważnia kolejność, ograniczenie, czas. Jeśli jest udany, jest samym szczęśliwym zakończeniem pojawiającym się z koniecznością wynikającą ze spójności elementów. Elementy lubię jeśli są wieloznaczne, albo łączą w sobie przeciwieństwa, pozostawiają możliwość różnej interpretacji, wywołują więc ruch między różnymi możliwymi obrazami, sugerują ogarnianie wszystkiego, całości.
Takie malowanie wymaga naiwności, jest u mnie z konieczności koślawe. Nie może uciekać się do zbyt potężnych chwytów, na przykład iluzji czy fabuły sugerujących że chodzi tu o coś zupełnie innego. Takie malowanie łatwo podejrzewać o fałsz: ktoś napaćkał i dorabia teorię. Obraz może w ogóle zatem zostać pominięty: wymaga uczestniczenia, nie narzuca się, łatwo go ośmieszyć, jest bezbronny. Jest jednak, o ile którykolwiek się udał, objawem żywotności tej przyrody, jaką jest człowiek. Jest w tym sensie zjawiskiem przyrodniczym, podobnie jak jeleń. Wyraża jednocześnie w swój nieudolny sposób przeczucie możliwej metafizyki.
Można, i to się chyba bardzo często dzieje - w sztuce szukać czegoś zupełnie innego. Można nie mieć zaufania do tych machinacji domorosłej alchemii z nieco metafizycznym podtekstem. Taka sztuka nie jest wtedy zupełnie groźna. Nie ma w sobie mechanicznej skuteczności przymuszania do patrzenia. Nie ma też teoretycznego zobowiązania, by wszyscy czuli tak samo. Nie jest to przecież żaden pouczający manifest jednej sztuki przeciw innej, to raczej próba analizy tego, co się samemu robi, próba przekazania jakichś wyników doświadczeń, wyznanie, próba uwspólnienia. Obrazy jeszcze mniej niż tablice służą do pouczania. Jeszcze więcej mogą mieć śladów działania człowieka - śladów z konieczności koślawych. Nikt nie będzie z tego strzelał.

wtorek, 5 lipca 2011
CZŁOWIEK PRZY STOLE
poniedziałek, 4 lipca 2011
WĘDROWALI SZEWCY PRZEZ ZIELONY LAS
.
Szewcy to ludzie, którzy robią buty. Buty służą do chodzenia. Dlatego ważne, że wędrowali przez zielony las.
Malarze to ludzie, którzy malują obrazy. Do czego służą obrazy? Są na to różne odpowiedzi, trudno sprowadzić je do jednej. To, że tu wypisuję jakieś rzeczy nie znaczy, że przez obrazy chciałem coś powiedzieć, co można po prostu powiedzieć, i tyle: wręcz przeciwnie, potrzeba właśnie obrazu, tak jak buta się nie zastąpi jakimś dobrym słowem.
Czasem w rozmowie o malarstwie ktoś pyta, o co tu chodzi: czemu maluję takie obrazy? czy nie mogłyby być mniej koślawe? czy chcę coś przez to powiedzieć, czy się do czegoś odwołuję, czy świadomie coś przetwarzam, czy walczę o coś, czy wynalazłem coś nowego, czy to jest z duchem czasu? To miło zawsze, że można porozmawiać, bo wiadomo jak trudno przełamać efekt spalonej ziemi, jaka wytwarza się wokół ""artysty"" i jego "" dzieła"". Wcale się nie dziwię. Cieszę się z rozmów, bo trudno jest gadać o obrazach, a bardzo ważne dla mnie jest by się o nich czegoś dowiedzieć. Niezależnie od odpowiedzi na te wszystkie pytania inne pytanie uważam za ważniejsze dla siebie: czy jestem jeszcze choć trochę żywy, czy obrazy faktycznie potrzebne są mi do życia, i jaki mają z tym życiem związek? Bo co miałoby być ważniejsze?
Nowość i rewolucyjność stały się współczesnym akademizmem: są podejrzane o bycie marketingową sztuczką handlową wykorzystującą lewicowe hasła dla rozreklamowania czegoś, co albo nie jest nowe, albo już nie jest potrzebne człowiekowi do niczego, bo nie starczyło czasu, by to wypróbować. Jeśli najważniejsza jest i szybkość i nowość, to albo trzeba sprzedać coś starego pod pozorem nowości, albo wcisnąć coś czego nowość jest jedyną zaletą.
Jeśli najważniejszy jest kontekst, odwołanie do innych dzieł, wygląda na to, że nic nas nie uratuje od uduszenia się w świecie sztuki, która mówi o sztuce, do niej się odwołuje, ją neguje, od niej ucieka, ją goni, i tak dalej, nie pozostawiając już żadnej przestrzeni, żadnego otworu, żadnego powietrza dla nas. Ale nie! na szczęście chyba nie będzie tak źle, bo przecież sztuka taka - nagle się można zorientować - nie ma nic z nami wspólnego, nie zawiera nas, a zawierając tylko samą siebie coraz bardziej okazuje się żałośnie mała, aż do punktu, w którym zanika zupełnie, i po kłopocie.
Jeśli najważniejsze jest przesłanie, to sugeruje że obraz jest przede wszystkim rebusem czy ogłoszeniem. Nieistotne są wtedy emocje, tylko racjonalne działania: wciąż pokutuje przecież przekonanie, że o ile zwierzęta kierują się instynktem, człowiek kieruje się rozumem. To są chyba ślady nierealistycznej wizji człowieka, opartej na braku akceptacji emocjonalności, i na negowaniu związku między człowiekiem a innymi zwierzętami. W myśl tej wizji ludzie nie mają instynktu, emocje z instynktem nie mają żadnego związku, a i tak lepiej o nich nie rozmawiać, najwyżej z terapeutą. Są rzeczy o których można rozmawiać w towarzystwie, i takie, o których nie można. Można mówić o polityce, nie można - o emocjach. Obrazy prawicowe i lewicowe to chyba jednak coś takiego, jak prawicowe i lewicowe buty.
Najważniejsze, by w towarzystwie nie okazać się dzikim: oczywiście czasem dobrze jest być niby-dzikim, ale nie dzikim. Dzicy są w afryce i oceanii, ich sztukę trzyma się w osobnych muzeach, bo to jest co innego. Artysta może się jedynie do tego świadomie odwoływać (racjonalnie i dla dobra społecznego). Negowanie wspólnego podłoża sztuki jednak to nic innego, jak wysublimowany kolonializm. To samo ze sztuką ludową, której wstydzi się bardziej ten, kto bardziej się boi, że mógłby być poniżany jako wsiowy.
Zastanawiając się nad tym, co jest ważne w sztuce warto zapytać wydaje mi się o to, kiedy i czemu powstała. Nie wydaje się skutkiem jakiegoś konkretnego systemu społecznego, a raczej powtarzalną we wszystkich znanych kulturach cechą człowieka, od zbieracko - łowieckich wspólnot, tworzących przedstawienia w jaskiniach, czy innych świątyniach jak tajemnicza Gobekli Tepe. W języku biologii ewolucyjnej rozsądne jest powiedzieć, że sztuka jako predyspozycja jest instynktowna, wrodzona, że jest przystosowaniem służącym pierwotnie porządkowaniu i uwspólnianiu emocji grupy. Kilka takich szczególnych przystosowań jak wspólny śpiew, śmiech, płacz, taniec, zainteresowanie opowiadanymi historiami, pojawiły się prawdopodobnie już dawno, ze dwa miliony lat temu u gatunku, którego system społeczny w bardzo szybkim tempie, kilku milionów lat zmienił się z hierarchicznego poligamicznego (jak u szympansów) do komunistycznego i monogamicznego (jak w większości społeczności zbieracko - łowieckich), ponieważ tylko współpraca w grupie stwarzała szanse na przetrwanie na otwartych przestrzeniach, na jakich się znaleźli wskutek przemian klimatycznych towarzyszących epoce lodowcowej nasi przodkowie. Drapieżnictwo było drugim powodem, dla którego system społeczny musiał się zmienić na komunistyczny, bo bez kłów i pazurów ludzie mogli działać tylko zespołowo. Rewolucja neolityczna przyniosła, wraz ze zwiększeniem liczby ludności i własnością, zmianę systemu społecznego, ale nie zdążyła zmienić w znaczący sposób instynktownej konstrukcji człowieka. W hierarchicznych grupach nie przestaliśmy na przykład marzyć o równości i wspólnocie. To, co jest elementem ukształtowanej ewolucyjnie psychiki trwa jako potrzeba. Mówienie w latach siedemdziesiątych XX wieku że malarstwo się skończyło było czymś mniej więcej takim, jak powiedzenie, że skończyły się obiady, i że nie będzie już więcej seksu. Faktem jednak jest, że podstawowe potrzeby łatwiej lub trudniej jest realizować w zależności od systemu społecznego.
Mechanizmy społeczne wytworzone wokół sztuki traktowanej jak wynalazek nowoczesności skutecznie dość zerwały związek między sztuką a potrzebami, oddając pole mechanizmom, produkującym zapychacze potrzeb wizualnych przy wykorzystaniu łatwych technologicznych chwytów wymagających mało czasu. Związek sztuki z życiem to nie jest jednak coś, czym lewica z prawicą mogłyby się zajmować. Tym trzeba zająć się samemu.
Każdy obraz pozwala mi porządkować świat i szukać w nim swojego miejsca, poczuć się u siebie. To jest, jeśli trzeba sprecyzować, rodzaj rytuału związanego z życiem. Malowanie pozwala mi poczuć przestrzeń, zmagać się z nią, być znacznie bardziej swobodnym czy w jakimś sensie dzikim, niż pozwalają na to wymagania życia społecznego. Takie malowanie wymaga bezpośredniego kontaktu z przestrzenią. Jest opowieścią o kontakcie ze światem i sposobem kontaktowania się ze światem. Pozwala mi łączyć różne emocje z elementami obrazu, i sprawdzać między nimi relacje, uzewnętrzniając wewnętrzną przestrzeń. Będąc do pewnego stopnia terapią zajęciową ma jednak, jako rytuał, podtekst metafizyczny w tym sensie, że pokazuje istnienie i związek wielu płaszczyzn, nie tylko płaszczyzny współczesnego, lub projektowanego społeczeństwa. Oferuje rozwiązanie na płaszczyźnie obrazu, i sugeruje związek, a nie przeciwstawienie się obrazu i życia. Skoro działało w paleolicie, czemu należałoby sobie tego dziś odmawiać? Nie wymyślam obrazów od zera, ale maluję te motywy, które wydają mi się w danym momencie najbardziej podstawowe i konieczne, nawet jeśli mogłyby wydawać się przygłupiaste. Mam nadzieję, że w związku z tym mogą się okazać potrzebne i komuś innemu. Nie wiem jednak do końca nic na ten temat, dlatego cieszę się z rozmowy.
Szewcy robią dla innych buty, buty to wynalazek znacznie nowszy niż sztuka, dobrze by wędrowali i je testowali. Malarzom nie zaszkodzi chyba też wypróbowywać na sobie to, co robią. Nie zaszkodzi też nikomu wędrować przez zielony las.
Szewcy to ludzie, którzy robią buty. Buty służą do chodzenia. Dlatego ważne, że wędrowali przez zielony las.
Malarze to ludzie, którzy malują obrazy. Do czego służą obrazy? Są na to różne odpowiedzi, trudno sprowadzić je do jednej. To, że tu wypisuję jakieś rzeczy nie znaczy, że przez obrazy chciałem coś powiedzieć, co można po prostu powiedzieć, i tyle: wręcz przeciwnie, potrzeba właśnie obrazu, tak jak buta się nie zastąpi jakimś dobrym słowem.
Czasem w rozmowie o malarstwie ktoś pyta, o co tu chodzi: czemu maluję takie obrazy? czy nie mogłyby być mniej koślawe? czy chcę coś przez to powiedzieć, czy się do czegoś odwołuję, czy świadomie coś przetwarzam, czy walczę o coś, czy wynalazłem coś nowego, czy to jest z duchem czasu? To miło zawsze, że można porozmawiać, bo wiadomo jak trudno przełamać efekt spalonej ziemi, jaka wytwarza się wokół ""artysty"" i jego "" dzieła"". Wcale się nie dziwię. Cieszę się z rozmów, bo trudno jest gadać o obrazach, a bardzo ważne dla mnie jest by się o nich czegoś dowiedzieć. Niezależnie od odpowiedzi na te wszystkie pytania inne pytanie uważam za ważniejsze dla siebie: czy jestem jeszcze choć trochę żywy, czy obrazy faktycznie potrzebne są mi do życia, i jaki mają z tym życiem związek? Bo co miałoby być ważniejsze?
Nowość i rewolucyjność stały się współczesnym akademizmem: są podejrzane o bycie marketingową sztuczką handlową wykorzystującą lewicowe hasła dla rozreklamowania czegoś, co albo nie jest nowe, albo już nie jest potrzebne człowiekowi do niczego, bo nie starczyło czasu, by to wypróbować. Jeśli najważniejsza jest i szybkość i nowość, to albo trzeba sprzedać coś starego pod pozorem nowości, albo wcisnąć coś czego nowość jest jedyną zaletą.
Jeśli najważniejszy jest kontekst, odwołanie do innych dzieł, wygląda na to, że nic nas nie uratuje od uduszenia się w świecie sztuki, która mówi o sztuce, do niej się odwołuje, ją neguje, od niej ucieka, ją goni, i tak dalej, nie pozostawiając już żadnej przestrzeni, żadnego otworu, żadnego powietrza dla nas. Ale nie! na szczęście chyba nie będzie tak źle, bo przecież sztuka taka - nagle się można zorientować - nie ma nic z nami wspólnego, nie zawiera nas, a zawierając tylko samą siebie coraz bardziej okazuje się żałośnie mała, aż do punktu, w którym zanika zupełnie, i po kłopocie.
Jeśli najważniejsze jest przesłanie, to sugeruje że obraz jest przede wszystkim rebusem czy ogłoszeniem. Nieistotne są wtedy emocje, tylko racjonalne działania: wciąż pokutuje przecież przekonanie, że o ile zwierzęta kierują się instynktem, człowiek kieruje się rozumem. To są chyba ślady nierealistycznej wizji człowieka, opartej na braku akceptacji emocjonalności, i na negowaniu związku między człowiekiem a innymi zwierzętami. W myśl tej wizji ludzie nie mają instynktu, emocje z instynktem nie mają żadnego związku, a i tak lepiej o nich nie rozmawiać, najwyżej z terapeutą. Są rzeczy o których można rozmawiać w towarzystwie, i takie, o których nie można. Można mówić o polityce, nie można - o emocjach. Obrazy prawicowe i lewicowe to chyba jednak coś takiego, jak prawicowe i lewicowe buty.
Najważniejsze, by w towarzystwie nie okazać się dzikim: oczywiście czasem dobrze jest być niby-dzikim, ale nie dzikim. Dzicy są w afryce i oceanii, ich sztukę trzyma się w osobnych muzeach, bo to jest co innego. Artysta może się jedynie do tego świadomie odwoływać (racjonalnie i dla dobra społecznego). Negowanie wspólnego podłoża sztuki jednak to nic innego, jak wysublimowany kolonializm. To samo ze sztuką ludową, której wstydzi się bardziej ten, kto bardziej się boi, że mógłby być poniżany jako wsiowy.
Zastanawiając się nad tym, co jest ważne w sztuce warto zapytać wydaje mi się o to, kiedy i czemu powstała. Nie wydaje się skutkiem jakiegoś konkretnego systemu społecznego, a raczej powtarzalną we wszystkich znanych kulturach cechą człowieka, od zbieracko - łowieckich wspólnot, tworzących przedstawienia w jaskiniach, czy innych świątyniach jak tajemnicza Gobekli Tepe. W języku biologii ewolucyjnej rozsądne jest powiedzieć, że sztuka jako predyspozycja jest instynktowna, wrodzona, że jest przystosowaniem służącym pierwotnie porządkowaniu i uwspólnianiu emocji grupy. Kilka takich szczególnych przystosowań jak wspólny śpiew, śmiech, płacz, taniec, zainteresowanie opowiadanymi historiami, pojawiły się prawdopodobnie już dawno, ze dwa miliony lat temu u gatunku, którego system społeczny w bardzo szybkim tempie, kilku milionów lat zmienił się z hierarchicznego poligamicznego (jak u szympansów) do komunistycznego i monogamicznego (jak w większości społeczności zbieracko - łowieckich), ponieważ tylko współpraca w grupie stwarzała szanse na przetrwanie na otwartych przestrzeniach, na jakich się znaleźli wskutek przemian klimatycznych towarzyszących epoce lodowcowej nasi przodkowie. Drapieżnictwo było drugim powodem, dla którego system społeczny musiał się zmienić na komunistyczny, bo bez kłów i pazurów ludzie mogli działać tylko zespołowo. Rewolucja neolityczna przyniosła, wraz ze zwiększeniem liczby ludności i własnością, zmianę systemu społecznego, ale nie zdążyła zmienić w znaczący sposób instynktownej konstrukcji człowieka. W hierarchicznych grupach nie przestaliśmy na przykład marzyć o równości i wspólnocie. To, co jest elementem ukształtowanej ewolucyjnie psychiki trwa jako potrzeba. Mówienie w latach siedemdziesiątych XX wieku że malarstwo się skończyło było czymś mniej więcej takim, jak powiedzenie, że skończyły się obiady, i że nie będzie już więcej seksu. Faktem jednak jest, że podstawowe potrzeby łatwiej lub trudniej jest realizować w zależności od systemu społecznego.
Mechanizmy społeczne wytworzone wokół sztuki traktowanej jak wynalazek nowoczesności skutecznie dość zerwały związek między sztuką a potrzebami, oddając pole mechanizmom, produkującym zapychacze potrzeb wizualnych przy wykorzystaniu łatwych technologicznych chwytów wymagających mało czasu. Związek sztuki z życiem to nie jest jednak coś, czym lewica z prawicą mogłyby się zajmować. Tym trzeba zająć się samemu.
Każdy obraz pozwala mi porządkować świat i szukać w nim swojego miejsca, poczuć się u siebie. To jest, jeśli trzeba sprecyzować, rodzaj rytuału związanego z życiem. Malowanie pozwala mi poczuć przestrzeń, zmagać się z nią, być znacznie bardziej swobodnym czy w jakimś sensie dzikim, niż pozwalają na to wymagania życia społecznego. Takie malowanie wymaga bezpośredniego kontaktu z przestrzenią. Jest opowieścią o kontakcie ze światem i sposobem kontaktowania się ze światem. Pozwala mi łączyć różne emocje z elementami obrazu, i sprawdzać między nimi relacje, uzewnętrzniając wewnętrzną przestrzeń. Będąc do pewnego stopnia terapią zajęciową ma jednak, jako rytuał, podtekst metafizyczny w tym sensie, że pokazuje istnienie i związek wielu płaszczyzn, nie tylko płaszczyzny współczesnego, lub projektowanego społeczeństwa. Oferuje rozwiązanie na płaszczyźnie obrazu, i sugeruje związek, a nie przeciwstawienie się obrazu i życia. Skoro działało w paleolicie, czemu należałoby sobie tego dziś odmawiać? Nie wymyślam obrazów od zera, ale maluję te motywy, które wydają mi się w danym momencie najbardziej podstawowe i konieczne, nawet jeśli mogłyby wydawać się przygłupiaste. Mam nadzieję, że w związku z tym mogą się okazać potrzebne i komuś innemu. Nie wiem jednak do końca nic na ten temat, dlatego cieszę się z rozmowy.
Szewcy robią dla innych buty, buty to wynalazek znacznie nowszy niż sztuka, dobrze by wędrowali i je testowali. Malarzom nie zaszkodzi chyba też wypróbowywać na sobie to, co robią. Nie zaszkodzi też nikomu wędrować przez zielony las.
wtorek, 28 czerwca 2011
KRAJOBRAZ I RUCH
.

Od kiedy Jasiek umie siedzieć i jest ciepło możemy jeździć rowerem. Rower spełnia moje marzenia o ruchomości, odpowiadające pewnie temu, co naszych przodków pchało, mimo wysiłku, do biegania. Nie jestem jednak amatorem wielkiej szybkości - w samochodzie czuję się groźnie zapuszkowany, czuję też że świat jest trochę na niby. Rower pozwala na większy kontakt ze światem, jednak uogólnionym. Utrudnia oglądanie na przykład roślin, pozwala obejrzeć całe krajobrazy, krainy, szczególnie jeśli jedziesz przez kilka dni. Obrazek na górze zrobiłem na wyjeździe, gdzie roweru używaliśmy do przemieszczania się między miejscami, gdzie badaliśmy rośliny i zwierzęta, zmienialiśmy więc co chwila spojrzenie: od ogółów do szczegółów.
Jazda rowerem jest czynnością transową, podobnie jak w ogóle chodzenie, czy jazda na biegówkach, jak zbieranie jagód, jak palenie ognisk: czynności zawierające monotonny, rytmiczny, powtarzany z ciągłymi zmianami element. W jeździe można się zatracić, zapomnieć: wtedy przez ruch i zmęczenie uczestniczę znacznie mocniej w krajobrazie. O ile jazda samochodem podkreśla mój własny ruch, w pociągu to krajobraz się porusza, a transowość zwiększają dźwięki wydawane przez pociąg.
Od kiedy Jasiek umie siedzieć i jest ciepło możemy jeździć rowerem. Rower spełnia moje marzenia o ruchomości, odpowiadające pewnie temu, co naszych przodków pchało, mimo wysiłku, do biegania. Nie jestem jednak amatorem wielkiej szybkości - w samochodzie czuję się groźnie zapuszkowany, czuję też że świat jest trochę na niby. Rower pozwala na większy kontakt ze światem, jednak uogólnionym. Utrudnia oglądanie na przykład roślin, pozwala obejrzeć całe krajobrazy, krainy, szczególnie jeśli jedziesz przez kilka dni. Obrazek na górze zrobiłem na wyjeździe, gdzie roweru używaliśmy do przemieszczania się między miejscami, gdzie badaliśmy rośliny i zwierzęta, zmienialiśmy więc co chwila spojrzenie: od ogółów do szczegółów.
Jazda rowerem jest czynnością transową, podobnie jak w ogóle chodzenie, czy jazda na biegówkach, jak zbieranie jagód, jak palenie ognisk: czynności zawierające monotonny, rytmiczny, powtarzany z ciągłymi zmianami element. W jeździe można się zatracić, zapomnieć: wtedy przez ruch i zmęczenie uczestniczę znacznie mocniej w krajobrazie. O ile jazda samochodem podkreśla mój własny ruch, w pociągu to krajobraz się porusza, a transowość zwiększają dźwięki wydawane przez pociąg.
sobota, 21 maja 2011
KLIMATYCZNE PODŁOŻE ROMANTYZMU
.


niedawno byliśmy w lesie dębowym, i patrzyliśmy jak bezlistne jeszcze wielkie stare dęby wyrastają ponad morze drobniutkich liści grabu, a tu już zupełnie inna pora roku, już minęły mlecze, już wyrosło zielsko, już są upały, dzieci na golasa fikają na balkonie, który przez większość roku stoi całkiem nieużywany. Tak bardzo nagłe są jednak pory roku, i na tyle zupełnie różne w tej okolicy, że każde rozwiązanie, każde nastawienie do świata jest całkiem tymczasowe. Powiedzmy stół na dworze - wiosną ważne by w słońcu, latem by w cieniu i tak dalej. Może na zachodzie czy południu jest wrażenie większej stabilności, tam kwiaty kwitły i słońce świeciło już w lutym. Tutaj pogoda powoduje, że stale siedzisz na walizkach, wiosna od razu jest za mocna, za szybka, listopad zbyt listopadowy - czy to nie ma wpływu na to, jacy ludzie żyją w takich okolicach?
niedawno byliśmy w lesie dębowym, i patrzyliśmy jak bezlistne jeszcze wielkie stare dęby wyrastają ponad morze drobniutkich liści grabu, a tu już zupełnie inna pora roku, już minęły mlecze, już wyrosło zielsko, już są upały, dzieci na golasa fikają na balkonie, który przez większość roku stoi całkiem nieużywany. Tak bardzo nagłe są jednak pory roku, i na tyle zupełnie różne w tej okolicy, że każde rozwiązanie, każde nastawienie do świata jest całkiem tymczasowe. Powiedzmy stół na dworze - wiosną ważne by w słońcu, latem by w cieniu i tak dalej. Może na zachodzie czy południu jest wrażenie większej stabilności, tam kwiaty kwitły i słońce świeciło już w lutym. Tutaj pogoda powoduje, że stale siedzisz na walizkach, wiosna od razu jest za mocna, za szybka, listopad zbyt listopadowy - czy to nie ma wpływu na to, jacy ludzie żyją w takich okolicach?
środa, 13 kwietnia 2011
OBRAZY KWIATY I OBIADY
To chyba prawda że obrazy mają ma coś w sobie z kwiatów, czy obiadów. Oczywiście z tą różnicą że więcej przywiązujesz wagi, bo jednak bardziej osobiste, czy bardziej unikalne, w tym sensie, że nie ma co tego dokładnie powtarzać. Nie dlatego, że obrazy mogą być dowolne, bo jeśli robione szczerze, często chodzi w nich o kilka podstawowych dla malującego rzeczy. Może bardziej unikalne dlatego, że dłużej się to zdobywa - malowanie jest pracochłonne. Nie, żebym tego nie lubił, ale ważne w tym by coś odkrywać, a gdy maluję od przypadku do przypadku - robię wciąż to samo. Zastosowanie obrazu jest jednak mniej oczywiste niż jedzenia - możesz tylko mieć nadzieję, że dla kogoś będzie miało podobne działanie. Dać komuś obraz nie jest łatwo - zbyt szybko myślisz o tym, czy dla niego coś znaczy, i czy go ostatecznie chce. Trudno też oswoić sprzedawanie, bo rzecz jest osobista. Nie ma jednak innego wyjścia - bardzo cieszę się z tych wydarzeń. Jest przecież coś wspólnego właśnie z jedzeniem czy kwiatem, że może być potrzebnym objawem życia. Że funkcją nie jest przecież coś, co można nazwać "tylko dekoracją" jak jedzenie nie jest tylko smakiem. W jedzeniu smak jest ważny, ale ma bardziej podstawową funkcję, której smak jest tylko objawem. Nikt do cholery nie dyskutował o tym, czy w jedzeniu smak ma znaczenie, i czy obiady się czasem nie skończyły w latach sześćdziesiątych, albo że nie je się już dziś ziemniaków. Podstawowe rzeczy są proste, i mogą być proste. Wręcz przeciwnie, kupić ser od pewnej babci ze wsi jest dla mnie przecież wydarzeniem. Problemem by było, gdyby ser mieszkał w muzeum: wtedy jedząc ser czułbym się jak nie u siebie. Konglomerat wagi czegoś osobistego i pracochłonnego, skojarzenia z muzeum, z dokonaniem, z czymś, czym można się chwalić,i dziecinności tego, co dla człowieka podstawowe tworzy sytuację z konieczności rozczarowującą. Oczekiwanie po "sztuce" czegoś tak skomplikowanego, że aż niepotrzebnego a odkrycie czegoś niepojętego bo prostego, pomieszanie wyuczonej czci z pogardą. Podejrzenie oszustwa. Na pewno nie kojarzy się z dobrym serem, na pewno nie chcemy tego w domu. W jakimś wyizolowanym świecie sztuki nie chce się żyć, bo tam żyć nie można - nie ma tam w ogóle powietrza: jest tak samo absurdalny jak świat rajstop. Świat rajstop pozostaje jednak na szczęście w małym stopniu zrealizowanym postulatem. Może trochę w związku z wiosną mam nadzieję, że uda się nie ugrzęznąć w tej dziwnej izolacji. Zjedliśmy ser troszkę myśląc o babci i krowie. Przyniosłem kwiaty. Malunki też są objawem życia człowieka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

