sobota, 31 marca 2012

31 marca

.









..........................................................................

środa, 21 marca 2012

ŚWIATŁO

.


Dziecinna forma wcale nie jest zła, jak się maluje słońce. Emocje związane ze słońcem nadal są podstawowe i dziecinne. Ten prosty graficzny znak wspaniale z nimi koresponduje. Od razu zajmuje centralne miejsce, dzięki połączeniu okręgu i promieni. Obie formy wskazują środek, ale na odwrotne sposoby. Słonce jest więc środkiem przez połączenie przeciwieństw. W marcu jesteśmy najbliżej słońca, i ono tak strasznie mocno świeci przez wychudłą zimową atmosferę, robiąc tym większe wrażenie, że pojawia się po zimie. Kiedy na nie patrzeć - pozostawia w oczach ciemne powidoki wyczerpanych barwników siatkówki. Jest zatem na raz jasne i ciemne. To z kolei otwiera drogę następnych interpretacji. Względem ziemi wyraża w formie paradoksu to, co tu jest gmatwaniną półcieni. Ziemia jest dla słońca konieczną parą.




.

poniedziałek, 5 marca 2012

poniedziałek, 27 lutego 2012

niedziela, 12 lutego 2012

LELUJA I SZTUKA KOBIET

.



Wycinanki robię od bardzo dawna, bo ten sposób działania pozwala na inny, spokojniejszy, bardziej projektowy tryb pracy, w którym można wiele rzeczy wypróbować i sprawdzić. Jest jeszcze ta zaleta, że wycinanka ma na Mazowszu i w okolicach ogromną tradycję która osiągnęła formy wspaniałe i perfekcyjne. Zostały przywołane, a potem nieco ośmieszone przez peerelowską cepeliadę, a teraz przywoływane przez współczesną modę. W obu wypadkach zostały potraktowane może trochę zbyt protekcjonalnie i powierzchownie. Wycinając laurki dla znajomych, lub książeczki dla moich dzieci próbuję wchłaniać formy i obrazy tak, by stały się mi bliskie, lub by dowiedzieć się, czy są mi bliskie. Motywy które tam odnajduję mają w sobie coś urzekającego. Wycinanie ich nie jest prostym ćwiczeniem, bo choć mam wrażenie, że faktycznie są mi bliskie, co chwilę zauważam, że jednak nie potrafię dotrzymać kroku kobietom, które wycinały je na wsiach nożycami do strzyżenia owiec. Wycinanka jest prawie zupełnie sfeminizowaną dziedziną sztuki. Rozwijała się bardzo szybko i osiągała różne bardzo formy, ale jednocześnie przechowała w sobie niesłychanie stare elementy. Takim elementem jest podobno właśnie leluja.



Tak mniej więcej wygląda postać, powtarzająca się w mazowieckich wycinankach pod nazwą leluja lub lalka. Pod tą samą nazwą kryją się również wizerunki drzewa, na którym, lub pod którym, oprócz żeńskich postaci pojawiają się pary ptaków - często kogutów, lub czegoś podobnego do cietrzewi.


Jaki jest związek kobiety, ptaków i drzewa? Drzewo jest pierwotnie Drzewem Życia, i taką rolę w pewnym sensie zachowało, co potwierdza wydaje mi się pojawianie się wizerunku krzyża w drzewie na niektórych kurpiowskich lelujach. Ale tam też w drzewie pojawia się czasem postać kobieca. Otóż podobno Leluja to przedchrześcijańskie zapomniane żeńskie bóstwo, którego wizerunki w tych okolicach wykonuje się do dziś, choć już nie jest przecież bóstwem. Pary ptaków pełnią jak rozumiem rolę podkreślenia obecnej w tych wycinankach symetrii. Symetria w najprostszy, instynktowny sposób kojarzy się ze spokojem, doskonałością, pełnią, pięknem. Ptaki - koguty spotykają się w harmonii, choć przecież mogłyby się ze sobą bić. Na kurpiach wycinanki takich symetrycznych ptaków nazywa się jednak całuskami.

Wmontowanie symboliki związanej z Lelują w symbolikę chrześcijańską w ikonografii ludowej ilustruje dobrze kolęda o Lipeczce. Pojawia się tu oprócz słowa leluja zielone drzewo, i centralna postać kobieca:


Stoi nam tu lipeczka, lipeczka zielona,
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie.

A pod tą lipeczką wodeczka zdrojowa
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie

W tej ci to wodeczce Maryja się myła
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie

Jak ci się umyła Syna porodziła
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie

A porodziwszy go w pieluszki powiła
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie

A powinąwszy go w jasełka włożyła
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie

Lulaj lulaj Synu mój, ja będę śniadała
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie

Rybeczki Synu mój, to wszystko morzowe
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie

Już godzina minęła jakem się narodził
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie

Jest tu ziemia i niebo jam to wszystko stworzył
Leluja, leluja, leluja, Boże Narodzenie


Nastrój jest w tej kolędzie dość szczególny: jest pełna jakiejś dziwnej radości - cudowności, skupia się na postaci Matki Boskiej w taki sposób, w jaki nie robią tego "poważniejsze", "teologiczne" kolędy. Nie jest ukryta za macierzyństwem, jest bardziej ludzka, dziewczęca i bliższa. Ciekawe jest to, że zawdzięczamy to dawnemu, być może przedrolniczemu kultowi żeńskiego bóstwa. Kiedy wraz z Wcieleniem całkowicie transcendentny Bóg okazał się również immanentny, sztuka chrześcijańska wykorzystała wiele motywów z innych religii, pozwalających to ukazać na przykład z Egiptu lub poprzez Persję z Dalekiego Wschodu. Matka Boska budzi zatem skojarzenia zbliżone do znanej z wielu religii wielkiej matki, o czym się często mówi, są wokół tego różne kontrowersje. Czy Matka Boska jako wielka matka musi marginalizować Chrystusa? Albo, czy, z drugiej strony, musi być zredukowana do roli matki? Ciekawe jak to wygląda w tym konkretnym przypadku. W kolędzie o Lipeczce dzięki temu, że postacie pojawiają się po kolei całą uwagę skupiamy na każdej z nich. Wprowadzeniem jest natomiast "postać" symbolicznego drzewa - zielonej lipeczki. Skupienie na postaci Matki boskiej jest tu bardzo wyraźne, macierzyństwo nie wydaje się być redukujące, a jednocześnie takiej osobistej wypowiedzi Dzieciątka nie ma w żadnej znanej mi kolędzie. Paradoks wcielenia wcale nie jest zamazany: jest podkreślony właśnie jako paradoks - ta kolęda nie jest więc mniej teologiczna od innych. Fuzja elementów jest więc całkowicie spójna. Ciekawe czy i do jakiego stopnia żywotność motywów związanych z lelują ma wpływ na kult maryjny w Polsce. Jeszcze ciekawsze - czy te motywy mogłyby przypomnieć takie często zapomniane elementy w teologii jak żeński aspekt Boga Ojca, postać Mądrości Bożej, żeńską symbolikę Ducha Świętego i żeński charakter Kościoła. Na pewno wycinanki mazowieckie są bardzo ważnym przykładem żeńskocentrycznej sztuki kobiet, o którym wciąż mało się mówi, choć dużo się mówi o sztuce kobiet. Jeszcze jeden przykład tego, że jeśli coś jest wiejskie, babskie, i jeszcze nie daj Boże tradycyjne, to już nie może zostać potraktowane poważnie. Tymczasem badania nad strukturą społeczności przedrolniczych, czyli zbieracko - łowieckich wskazują, że nie było tam tragicznego konfliktu między życiem domowym i społecznym. W małych grupach to wspólne obozowisko było forum publicznym, gdzie kobiety przebywały stosunkowo częściej. Większe statystycznie zdolności językowe, interpersonalne i większa podzielność uwagi są u kobiet prawdopodobnie związane z kluczową rolą jaką pełniły w tych społecznościach o rozproszonej władzy. W końcu w strukturach przedrolniczych ludzie żyli jakieś dwa miliony lat, a nie tysiąc, czy siedem tysięcy - trzeba koniecznie przemyśleć pojęcie "tradycyjnego" modelu tego czy owego, i ogólniej ostrożniej traktować tradycję.

Moje malarskie próby uwewnętrznienia motywu leluji poniżej. Ciekawiła mnie sprawa podniesionych rąk, fartucha, symetrii, kogutów i ich przekonania, by się nie kłóciły. Ostatecznie na samym dole z tym wiąże się napis "nie ma wojny". Dziecko w brzuchu malowałem w czasie, Dominika była w ciąży, a Jaś był w brzuchu, a teraz już właśnie skończył dwa lata.












środa, 9 listopada 2011

DYSTANS

.





Spotykam się często z poglądem, że sztuka wymaga dystansu, dystansowania się, czy wręcz, że dystans jest jej szczególną, lub najważniejszą cechą. Dystans ten, jak rozumiem, nie dopuszcza twórczości nieprzemyślanej, naiwnej, czy grafomanii, nie dopuszcza nadmiernego zadęcia. Sztuka taka może być więc zdystansowana względem swego obiektu, samego dzieła, warunków, w jakich się ono pojawia, względem malarstwa, czy samej sztuki, lub względem całej sytuacji społecznej. Naturalne wydaje się więc, że sztuka dla której kluczowy jest dystans, to sztuka chłodna, gdzie emocje nie przeważają nad analizą, to sztuka raczej kwestionująca niż afirmująca. Ciekawi mnie, gdzie faktycznie leży punkt, w którym znajduje się dystansujący się obserwator, czy też, dzięki czemu ten dystans osiąga. Dzięki refleksji i próbom negowania utartych pewników? Domyślam się, że tak. Tkwi w tym nadzieja, że refleksja i negowanie pozwalają spojrzeć w nowy zupełnie sposób, nie będący prostym przeciwieństwem sytuacji zastanej. Jest próbą wpuszczenia świeżego powietrza do rzeczywistości pełnej zaduchu wyuczonych odruchów i bezrefleksyjnych celebracji. Jest to oczywiście bardzo cenne podejście, stosowane jest jednak na tyle często, że sytuacja sztuki czasem jednak przypomina mi nieco imprezę, na której wszyscy postanowili nie używać alkoholu, by pozostawać tym jedynym, który jest trzeźwy. Może taka jest w ogóle rola sztuki? W pewnym sensie na pewno tak jest. Tylko w jakim sensie? Przecież kultura jest również imprezą! Kultura jest przecież częścią życia, nie może zatem specjalizować się tylko w jednym geście. Ochłodzenie większości przejawów kultury zagraża przecież utratą jej organicznego życia. Jeśli na imprezie nikt nie tańczy, jeśli na weselu nie ma toastów, jeśli na pogrzebie nikt nie płacze, a wszyscy się dystansują, sytuacja staje się trudna do wytrzymania. Dlaczego? Może chodzi o brak równowagi. Może dlatego, że dystansowanie staje się wtedy rytuałem, ale rytuałem mniej oferującym, gdzie może zabraknąć przeżycia wspólnotowego. Trudno jednak rozwiązywać problem imprezy inaczej, niż zastanawiając się nad tym, w jaki sposób sam chciałbym się zachować. O ile pamiętam nie tańczenie na imprezach może u mnie wynikać z braku dystansu do siebie samego, a wcale nie z jego nadmiaru. Zdystansowana sztuka budzi więc moje podejrzenia, że traktuje siebie samą z trochę przesadną powagą. Z drugiej strony: zbiorowa celebracja, o ile nie jest sztucznie rozdmuchana, może mieć w sobie znacznie więcej powagi, choć przecież też zakłada pewien dystans człowieka do samego siebie. Czy więc odwrotnie - pewien rodzaj dystansu mógłbym osiągnąć właśnie przez uczestniczenie? Chciałbym tak zanurzyć się w emocjach, w działaniu, bym mógł uzyskać dystans właśnie dzięki temu. Chciałbym do tego stopnia uczestniczyć w świecie, by się aż od niego uwolnić. Czuję odruchowy lęk przed zbiorową celebracją, jednocześnie jednak tęsknię za taką, z którą można się utożsamić: mam nadzieję znaleźć tam podstawowe dla człowieka elementy, których mi brakowało w moim rozwoju. Dystans może być obserwacją siebie samego, tego, w jakim stopniu sam nie jestem wszechmocny, w jakim stopniu należę do rytuału, który celebruję, do tego, co przez niego przemawia, do czasów, w których żyję, do biologii określającej moją konstrukcję instynktową. Malarstwo stwarza sytuację indywidualnego, czy indywidualistycznego przeżywania tego, co ogólne. W tym sensie jest na granicy różnego rodzaju bezpieczeństwa i ryzyka, samotności i wspólnoty. Czuję więc, że mój wysiłek zmierza w przeciwnym kierunku niż w przypadku sztuki zdystansowanej: chciałbym malować jak malarze naiwni, nie w sensie kopiowania, ale stanu ducha. Wyrażanie tego, co ogólne i podstawowe nie wydaje się, z drugiej strony, zagrażać mojej indywidualności – raczej umożliwia mi istnienie. Chciałbym zmierzać w kierunku uczestniczenia i malarstwo jest dla mnie właśnie sposobem uczestniczenia. Chciałbym osiągnąć dystans, ale tylko poprzez uczestniczenie, inaczej wydaje mi się, że byłoby to w moim przypadku fałszywe. Dystans może polegać na obserwacji lub na wewnętrznym uporządkowaniu tak, by rzeczy uzyskały właściwą sobie wagę. Obserwacje stanów ducha można robić praktycznie wyłącznie na sobie, a wewnętrznego uporządkowania też, rzecz jasna, trzeba dokonywać samemu na sobie, nie pomijając żadnych aspektów człowieczeństwa. Ten drugi rodzaj dystansu wydaje mi się bardziej konieczny. Dystans do samego siebie wydaje mi się bardziej interesujący, niż dystans do innych osób – dystans do innych jest czymś raczej oczywistym. Może dlatego maluję obrazy o silnym emocjonalnym ładunku, ale tak, by osiągać uspokojenie. One oczywiście narażone są na zarzut śmieszności i pompatyczności, podobnie jak w ogóle malarstwo i rytuały narażone są na taki zarzut. Problemem sztuki dystansującej się jest jednak również śmieszność jej pompatycznych dokonań: pompatyczność tkwi właśnie w wadze, jaką przywiązuje się do umysłu i możliwości refleksji, która zdaje się równoważyć wartość samego rytuału. To co tu jest dystansem, tam nie jest, a co jest pompatyczne tam, tu nie jest. I odwrotnie. W każdej jest jakaś gra elementów indywidualnego i ogólnego – inaczej się chyba nie da, to jest cecha kultury w ogóle. Twórczość chłodna jest więc prawdopodobnie rewersem gorącej, negatywna pozytywnej. Odruchowo wybieram dla siebie tą drugą. Co to za problem, że będę śmieszny, jeśli to będzie śmieszność wynikająca z przyznania, że jestem człowiekiem?

PRZESTRZEŃ I PERSPEKTYWA

.





Obserwacja, że linie spotykają się gdzieś na horyzoncie pozwoliła zrobić perspektywiczny wykres służący do wywoływania iluzji przestrzeni. Obrazy współgrające z naszym wrodzonym sposobem postrzegania przestrzeni sprawiają miłe i zagadkowe wrażenie iluzji, będącej w sztuce prawdziwym wynalazkiem. Tutaj mi chodzi o coś trochę innego.


Linie drogi przecinają się na horyzoncie tworząc znak, który dzięki iluzji może otwierać przestrzeń, ale graficznie przecież może jednocześnie ją zamykać, przekreślać.



Jeśli jest słaba iluzja, a jednocześnie wyraźne przekreślenie, jest szansa na większą niejednoznaczność. Im większa niejednoznaczność tym silniejsze być może wrażenie zatracania się - nie spojrzenia, ale uczestniczenia.




Jeśli mówimy o człowieku i jego uczestniczeniu, jest odwrotnie: ktoś kto idzie iluzorycznie się zmniejsza, zmniejsza, zatraca w perspektywie tworzącej przekreślający go znak. Ale kto idzie dłużej, aż do dużego zmęczenia, lub w ogóle jest w stanie się przemieszczać wie, że przemieszczanie się to coś innego niż spojrzenie, że zatracając się dopiero rośnie, czuje swoje istnienie.