środa, 15 lipca 2015

DZIEŃ W DRODZE

 
 
 
Jeszcze nie jest łatwo z dziećmi wędrować przez kilka dni, ale już udało się pływać kajakiem. Specyficzny rytm takiego dnia w Karpatach wschodnich/południowych poniżej. Budowanie namiotu, zasypianie przy ognisku, odpoczynki, wędrowanie - wszystkie elementy znają i lubią, więc może w końcu się uda?
 
 

 
 
wstajemy
 
 
brudne naczynia
 
 
pakowanie
 
 
i jeszcze raz pakowanie
 
 
wreszcie jesteśmy spakowani
 
 
wreszcie idziemy. pod nami w dolinach - jeziora
 
 
o różnych kolorach
 
 
spojrzenie na dalszy ciąg pasma
 
zejście nad jezioro
 
 
odpoczynek
 
 
ognisko.


wtorek, 7 lipca 2015

KRAJOBRAZ

 


Krajobraz, który na obrazie jest obiektem, w rzeczywistości jest otoczeniem, środowiskiem. To są zupełnie inne sytuacje. Malowanie krajobrazu wprowadza zatem w kilka ciekawych problemów. Po pierwsze - skala: na kartce A4 czy w szkicowniku jaki trzyma się w ręku krajobraz jest przybliżony, malutki, oswojony. Malowanie w takiej skali ma coś z rytuału przybliżania, odsyła do osobistego spojrzenia, odnosi się do tego, kto go trzyma w ręku, a sam szkicownik sugeruje istnienie jakiejś przestrzeni, gdzieś gdzie były robione rysunki. Większy obraz, jaki można by powiesić na ścianie może robić wrażenie okna, zmieniać przestrzeń we wnętrzu dlatego najbardziej jest wrażliwy na problem przestrzenności. Łatwo może jednak stać się bibelotem, jego skala powoduje, że zaczyna odnosić się do sposobu urządzenia wnętrza, musi się najbardziej energicznie bronić przed rolą bibelotu, żeby tę przestrzenność uratować. Większy obraz na całą ścianę, jak tu na obrazku, nie jest już bibelotem, jest raczej dywanem czy kolorową ścianą, w jakiś sposób się dematerializuje, ogarnia patrzącego, wchłania. Problem skali jest więc związany z kwestią przestrzenności i materii, przedmiotu.

Obrazy nie są stworzone chyba by tylko jako przedmioty spokojnie tkwiły nad kanapami, ale by wciągały w jakąś dynamiczną relację, świadczyły o istnieniu tego, czego nie umeblowaliśmy na zewnątrz i wewnątrz, co może wydawać się nie należeć do naszego planu, a co dostarcza koniecznego oddechu, co pozwala żyć.

Jeśli krajobraz jest otoczeniem, ważny jest w nim ruch patrzącego, nieruchomy punkt widzenia może okazać się niezbyt wygodny. Forma dywanowa jest jednym z możliwych wyjść: oko przemieszcza się między elementami, można zagubić się patrząc na szczegóły, albo starać się odnaleźć szukając linii horyzontu, jakichś wyraźnych wyznaczników przestrzeni - nie tylko dosłownie, ale po prostu - ogólnych cech kompozycyjnych. Pogodzenie szczegółów i ogółów tworzy wrażenie obrazu rzeczywistości. Ważne by kompozycja tworzyła wrażenie całości - świata do którego można należeć, w którym można żyć, a to jest w krajobrazie może najistotniejsze.

Różne formy krajobrazu budują zupełnie różne wrażenie. Co innego gąszcz roślin, co innego otwarte płaszczyzny. Będąc w Karpatach wschodnich, miałem wielokrotnie wrażenie że ich żeńskie kształty są mi wyjątkowo bliskie. Są też bliskie zapisanemu w naszym instynkcie schematowi idealnego krajobrazu: pagórki, zieleń, odpowiedni udział drzew liściastych i łąk, woda i objawy jej obecności, zwierzęta przy wodopojach. Ten ewolucyjnie ukształtowany jeszcze w Afryce instynktowny obraz, pozwalający wybrać miejsca gdzie łatwiej przetrwać, widać w historii malowania pejzażu, przejawia się w tych formach, jakie uważano za sielankowe.

Historia nadała jednak sielance znaczenie bibelotu, pozbawiając ją przestrzeni, kojarząc bardziej z salonikiem niż instynktem. Pocztówkowate fotosy nie sugerują też wcale, by miały być środowiskiem - ich idealny blask nie sugeruje wcale żadnych trudności, czy niedogodności, żadnego wysiłku, wszystko pod kontrolą, wszystko w obrębie bezpiecznej prezentacji. W takiej prezentacji nie da się żyć, bo jest tylko na niby. Prawdziwe problemy życiowe leżą przecież gdzie indziej.

Nadzieja jaką wiążę z malarstwem inspirowanym sztuką ludową jest taka, że pozostając w oczywisty sposób instynktowna, wymaga jednak pewnego wysiłku  - przełamania salonowo komputerowych przyzwyczajeń w których środowisko jest tylko elementem, spreparowanym obiektem w obrębie cywilizowanego świata.

Problem natury jest problemem, z jakim absolutnie sobie nie radzimy. Tworząc wakacyjne wizje idealnych "nienaruszonych" krajobrazów ukrywamy, że sami im zagrażamy zwiększając ich konsumpcję. Wydaje się, że natura jest tylko jakimś elementem cywilizacji, istotna o tyle, o ile jest gdzie pojechać na narty. Wydaje się że nie zależymy od niej materialnie, ale i w nas jej obecność jest wielce wątpliwa. Tworząc wyidealizowane sielankowe obrazki udawaliśmy, że nie ma to nic wspólnego z naszą instynktowną naturą, a z "kulturą", która jak wiadomo wojuje z naturą. Mówiąc o sztuce ludowej używamy jakiegoś protekcjonalnego tonu, sugerującego, że nas to nie dotyczy. Mówiąc obecnie o ubóstwianej przecież naturze, po prostu sprzedajemy jakieś produkty czy też poddajemy się uzależnieniu od mechanizmów rynkowych działających w wielkiej skali, odsuwających nas coraz dalej od sytuacji odpowiadających naszemu instynktowi. Słowo "natura" nie znaczy wiele więcej poza tym, że prawdopodobnie mamy do czynienia z reklamą jakiegoś zbędnego towaru, którego potrzebę ktoś stara się mi wmówić, lub treningiem firmowym który ma spowodować, że będę skuteczniejszy w tym, co kazano mi robić.

To, co nazywamy prawdziwymi problemami życiowymi to jest przecież nie tylko wynik jakichś fizycznych konieczności, ale i jednocześnie wynik działania zbiorowej wizji tego, co w życiu potrzebne i konieczne. Wizję można próbować zmieniać, choćby na własny użytek. Mam wrażenie, że malowanie krajobrazu jest jednym z moich sposobów.



niedziela, 22 marca 2015

FRUSTRATION INTO INSPIRATION


Nie jest mi obce narzekanie. Nie jestem pewien, czy wszystko idzie w dobrą stronę, czy nie jest czasem tak, że ci, co mają tu władzę, używają jej po pierwsze do swoich celów, a ci co mają pieniądze, dbają przede wszystkim o siebie. Chyba tak często jest, i zaskakująco trudno nie uczestniczyć samemu w tym ogólnym samolóbstwie. Religia jaka tu panuje coraz bardziej niepodzielnie, to coś w historii raczej bez precedensu - szczególne jest to, że im bardziej jesteś samolubny tym lepiej dla ciebie, ale dzięki zaskakującej cudownej transformacji dokonanej przez niewidzialną rękę rynku, tym lepiej również dla innych. Efekt wydaje się być widzialny w postaci nowych pięknych inwestycji w rodzaju pendolino. A może ten efekt jest tak piękny częściowo dzięki temu, że ci do których nie dojeżdża już nawet zwykły pociąg, za sprawą czapki niewidki założonej być może przez tą samą rękę przestają być widzialni. A może po prostu do nich już nie pojedziemy? Istotne robi się znów pytanie: co jest rzeczywiste? Bo w sprawozdaniach dotyczących województwa podlaskiego widać wyraźnie, że "zbudowano lub zmodernizowano" kilkaset kilometrów "dróg lub linii kolejowych" za tyle milionów z unii, i nie ma ani słowa o tym, że transport kolejowy na głównej linii jak również autobusowy na mniejszych drogach po prostu przestał działać. Czy po raz kolejny opowieść, jaką potrafimy opowiedzieć o rzeczywistości, nie przysłania nam zbyt wielu jej elementów? Wiemy przecież świetnie, że jest coraz lepiej, a niektóre rzeczy po prostu są nieopłacalne. Jeśli jednak ratusz chce wydać w Warszawie dwa miliony złotych na wybieg dla psów w miejscu gdzie trzeba wyciąć stare drzewa, gdzie spacerują ludzie z psami, to jest to oczywiście bardziej opłacalne niż nie budowanie go, bo, jak twierdzą władcy, istotny jest rozwój. Po prostu pociąg do Sidry się nie opłaca, drzewo się nie opłaca, a wybieg się opłaca. Protest setek mieszkańców nie ma znaczenia, podobnie jak projekty z funduszu partycypacyjnego nie są nawet w planach do realizacji, bo one rozwojem już nie są, ponieważ przecież każdy, łącznie z władzą, ma po pierwsze dbać o swój interes, a to wszystkim ostatecznie wyjdzie na pewno na dobre. Być może historia którą sobie opowiadamy o tym, że nastała wolność i prawda, a wszystko co mówimy i widzimy jest po prostu prawdziwe, bo wolno nam to powiedzieć, nie jest tak bardzo prawdziwa jak byśmy chcieli. Z tym, co opowiadamy o świecie często jest jakiś problem. Podczas zaćmienia słońca okazało się, że jest bardzo łatwo dać się przekonać że, jak podsumowała moja córka, świeci ono wtedy znacznie mocniej niż normalnie. No i trzeba sobie kupić specjalistyczny sprzęt lub nie wychodzić z domu. Jeśli dzieci mają, podobnie jak Tola z rządowego podręcznika dla pierwszaków, tablet, to mogą obserwować zaćmienie na jutubie, nie ma problemu, znacznie większy byłby natomiast gdyby trzeba było się od tego tabletu oderwać, bo rzeczywistość nie dość że jest chyba mniej rzeczywista, to jest bardzo groźna. Ale jeśli nie mają tabletu, to muszą go sobie jak najszybciej kupić, bo standard życia został już określony, no i nie można być gorszym. W rozdziale o świętach Bożego Narodzenia są omówione przede wszystkim pieniądze i ich nominały, więc wiadomo że jeśli nie dostałeś na święta tabletu, to dlatego że rodzice nie mają pieniędzy. A nie mieć pieniędzy i sukcesu to najgorsza wina, niech więc nas przykryje czapka niewidka. No i faktycznie tak będzie, bo tych co odnieśli sukces nieszczęsny człowieku już nie spotkasz tak łatwo, oni chodzą zupełnie innymi drogami, w zupełnie innych miejscach, lecząc tam często kompleksy poprzednich generacji. Wszyscy jednak tak samo patrzymy do komputera, i tam atakuje nas Rosja, tylko my już nie za bardzo wiemy w jakim sensie to może być rzeczywiste.


Czy wściekłość, frustracja i strach jest dobrą pożywką dla twórczości?  Bardzo ciekawy jest komentarz Mikołaja Chylaka do wystawy Cieśniewskiego "wybijanie nieśmiertelników". Te obrazy tak jakby faktycznie opierają się na konflikcie i walce, walce elementów, walce autora. Poniżej nasze wizualizacje do Line of fire:



Tutaj niepokój i protest są pretekstem, ale dla mnie kiedy mazałem farbą czy puszczałem kosarze, to raczej pretekst by działać, by szukać dobrego świata, całości, jaką nasze działania tworzyły razem z muzyką. Owszem, próby przemiany frustracji w inspirację nie są mi obce, ale to, co z nich wychodzi to raczej konstruowanie spójnych światów, to nałożenie na siebie przeciwieństw, a nie ustawienie ich przeciw sobie, to dążenie do organicznej całości gdzie wszystko pracuje jak jeden organizm, to poszukiwanie metafizycznej intuicji, że przeciwieństwa okażą się pozorne, bo rzeczywisty problem leży gdzie indziej, albo zostaną ostatecznie pojednane wobec syntezy, która nie jest jakąś ich hybrydą, ale która powoduje, że przestają być istotne, tracą dramaturgię. Nie maluję teatralnych scen, nie maluję tego napięcia, choć wiem, że można świetnie to robić, nie maluję też tego, co wydaje mi się złe, z całej siły skupiam się na tym procesie dialektycznej syntezy, przejścia ku czemuś, co dobre, zagadkowe i związane z przemianą, którą obraz przez nałożenie elementów zapowiada. Poniżej wiosenny obraz z okazji przesilenia, związany z wiarą w możliwość pogodzenia człowieka i świata, wnętrza i zewnętrza, jednego i drugiego człowieka, czynu jednostki i istnienia wspólnoty. Czy taki obraz to rzeczywistość wirtualna? Mam nadzieję że nie, bo nie jest on złudzeniem. Mam nadzieję, że jeśli wyraża tęsknotę, to nie zwalnia mnie z próby realizowania jej i w innych aspektach życia.


 

wtorek, 17 lutego 2015

RUCH, WSPÓŁPRACA





 
 
Doświadczenia z robieniem wizualizacji do muzyki wraz z kolegami z kolektywu malarze, z jednej strony polegają na tworzeniu obrazu, więc niby chodzi o to samo co przy malowaniu, z drugiej jednak - wszystko jest inaczej, i to połączenie właśnie jest ciekawe. Różnica wynika oczywiście z ruchu, który jest trochę jak taniec, pozwala na przełożenie uczestniczenia w muzyce na obraz w sposób bardzo bezpośredni. Dla mnie inspiracja muzyką podczas malowania jest ważna, i jest to również zajęcie ruchowe, więc podobieństwo jest wyraźne. Wymaga jednak jakiejś, choćby niewielkiej dramaturgii - elementu czasowego, którego w ogóle nie ma w statycznym obrazie. Element, którego początkowo nie ma, później zaczyna dominować, by wreszcie nałożyć się z innymi, zniknąć, powrócić. Tworząc taki ruchomy obraz człowiek często spodziewa się, że przerodzi się w coś w rodzaju filmu, szczególnie jeśli pojawiają się postacie. W takim wypadku pojawia się jakaś anegdota, relacja, element właściwie nieobecny w moich obrazach. Niekłamaną zaletą tego działania jest bezpośrednia komunikacja z osobami, które na koncert przyszły, rzecz zupełnie nieporównywalna z sytuacją malarza. Działanie spontaniczne, ale wymagające nie znanych raczej malarzom umiejętności współpracy: po pierwsze nawiązanie do muzyki musi być wyraźniejsze, nie tylko w czasie i rytmie, ale i w formie. Udało mi się uczestniczyć w próbach z muzykami, a to dla mnie wspaniała okazja spróbować uczestniczyć w zupełnie nowym rodzaju współdziałania i rozmowy. W ramach galerii Praca odbywały się koncerty muzyki improwizowanej z wizualizacjami, gdzie istotny był obustronny wpływ - do elementu tańca dodany jest element sprawczości - jest to pełne uczestniczenie. O ile ustępowanie muzykom wydaje się oczywiste, człowiek przyzwyczajony do malowania początkowo jest apodyktyczny w strefie wizualnej. Nauka współpracy w zespole wizualizacyjnym polega na tym, by czasem ustąpić, wycofać się, zaakceptować czyjś pomysł a to nie jest proste. Z drugiej strony właśnie ta współpraca jest tym, czego szukam. Przepycham się, by moje elementy były widoczne, ale mam nadzieję, że zostaną złamane przez ingerencję innych osób. We własnym obrazie sam sobie staram się zaprzeczać, by osiągnąć syntezę przeciwieństw. Tutaj to jest ścieranie się różnych osobowości i sposobów działania. We własnym obrazie uzyskuję efekt za pomocą wielu kolejnych gestów tworzących kolejne warstwy obrazu. Tu działamy na sześć (lub nawet czasem osiem) rąk nakładając na siebie elementy. Ostatecznie moja postać dobrze może funkcjonować w kontekście moich form jak na obrazku poniżej, ale właściwe środowisko, czyli istotne dla mnie w malarstwie efekty wtopienia się i kontrastowania osiąga tutaj dzięki ingerencji innych osób.

 
Filmy powyżej pochodzą z koncertu w Badowie w zeszłym tygodniu, gdzie Maniucha Bikont i Ksawery Wójciński wykonywali piosenki z polesia, a nasz zespół tym razem składał się z Mikołaja Chylaka, Tomka Melisy i ze mnie (możliwości jest więcej).  Podobną nieco rzecz robiliśmy w galerii Praca już wcześniej, wtedy pod hasłem święto, łączącym intuicje dotyczące przeżywania sztuki ludowej. Tam, przy współudziale grafików z Zespołu Wespołu powstała publikacja (http://galeriapraca.pl/publikacje/akcja-4-swieto/), która daje nieco pojęcia o tym, czym było to miejsce: dialogiem, wydarzeniem międzyludzkim, rodzajem święta. W podobnym święcie wymagającym niełatwej nauki współpracy mogę uczestniczyć właśnie podczas robienia wizualizacji.
 
 



piątek, 16 stycznia 2015

ŚLEDZENIE I ZOSTAWIANIE ŚLADÓW



Po świeżym śniegu tropienie zwierząt jest bardzo przyjemne, ślady opowiadają całą historię o zwierzęciu, rekonstruujesz jego ruch, wyobrażasz sobie jak dzik pędził, jak ostrożnie wszedł na lód, jak wpadł w poślizg, bardzo zabawnie wywijał nogami, aż jadąc chwilę brzuchem po lodzie wreszcie dożeglował do kolejnej wyspy:


Mój wzrok i ja towarzyszymy mu, przywołuję go, chociaż biegł kilka godzin wcześniej, znam go choć trochę, chociaż nie chciał mi nic opowiedzieć. Pies biegnie ze mną, on też coś wie o dziku, nie z formy śladu a z zapachu, trudno powiedzieć, czym jest teraz dzik w jego głowie, może mniej jest opowieścią? no i on też wpada w poślizg:

                               

Ale tu są i inne ślady ślizgania się, którym stale towarzyszy linia, która ciągnie się, zakręca, rysuje. Stała, abstrakcyjna, ale konkretna opowieść o własnym ruchu, śledzenie własnego ruchu, czy też może tropiony jest już ruch rysującego patyka - podwajająca się opowieść, choć zupełnie bez słów - pozwala wytropić istoty ludzkie. Inne inteligentne stwory nie musiałyby chyba wcale tak robić, tropię tu jedną z bardziej szczególnych i dziwnych cech naszego gatunku.


 





Zostawiane ślady w różnym stopniu i w różny sposób opowiadają: to rysunek procesu rysowania, to rysunek procesu biegania i ślizgania się, to rysunek obiektów, jakie się chce narysować. Nie różnią się od siebie zasadniczo, mają wspólną cechę: biegnącą linię, zapis ruchu ręki, zapis ruchu nogi, zapis ruchu całego ciała. Opowieść, często bez słów, która towarzyszy nam ciągle, opowieść, która jest naszym życiem, raz jakby wyprzedzała, raz jakby goniła. 




  





Badanie tej opowieści to rzecz niezwykle ciekawa. Czy można ją zatrzymać? co się wtedy dzieje? Czy jest się wtedy jak zwierzę, albo jakiś Budda? Ta aktywność jest dziecinnie prosta i instynktowna, więc rysując nie jesteśmy daleko od tego zwierzęcia, którym jesteśmy. Podobne rysunki obecne są też na przykład w tradycji Zen, właśnie jako abstrakcyjne znaki, których ani nie trzeba zrozumieć, ani sobie opowiedzieć, które nie stawiają poprzeczki dla znawcy sztuki, po prostu są, jakie są. Mogą być trudne z perspektywy nadmiaru słów, jakie często się mówi. Ta historia sama w sobie nie jest więc więzieniem.

Kiedy ta abstrakcyjna opowieść rozkwita? Kiedy zaskakuje mnie samego? Kiedy tropienie innych ludzi jest tak wciągające? W tym wypadku przestrzeń namawiała nas wyraźnie do tego by ją ciągnąć, by tropić, by się spotykać, by na chwilę zatrzymać.



 










czwartek, 30 października 2014

LEŻĘ






Ktoś pokazał mi, że ktoś inny napisał w swej uczonej pracy, analizując m. in. moje działania w galerii praca, że miały one charakter apolliński. Wspaniale że coś napisał, ale żeby apolliński - to nigdy bym nie pomyślał. Apolliński czyli nie dionizyjski, a więc "przejawiający się w harmonii, optymizmie, wzrokocentryczności, konceptualności, opanowaniu wewnętrznym", a nie "w niepohamowaniu, ukierunkowaniu na przeżywanie, transgresji i pesymizmie". Na wszelki wypadek sprawdziłem w wikipedii, czego tam jeszcze nie ma.. Wikipedia donosi, że nurt dionizyjski charakteryzuje jeszcze upojeniem, wolą, podmiotowością, mitem tragicznym, symbolicznym postrzeganiem świata. Masz ci los, trudno wybierać. Z punktu widzenia organizacji przeprowadzki, kwestii podłączenia zlewu, a nawet z punktu widzenia malarstwa problem takiego przyporządkowania nie ma chyba znaczenia. Jednak wydaje się mieć w sobie coś ciekawego. 
Cała ta harmonia układa się przecież z punktu, jaki osiąga człowiek leżący w rowie przy drodze. W galerii, czy muzeum artysta konceptualnie porusza w tym czasie jakiś problem, szarpie chyba jakieś tragiczne sprawy, w jakiś raczej bezemocjonalny sposób, całkiem nie symbolicznie, a społecznie, bo sztuka symbolizując samą siebie zgłasza się po kolejne dotacje ze względu na swą rolę społeczną, w ramach kolejnego projektu. Poszukiwacze harmonii natomiast wydają się być bliżej upojenia, w którym wszystko okazuje się mieć symboliczne znaczenie, czyli przemawiające do człowieka, jak sum w barze piwnym wyglądający zza pazuchy jakiegoś ichtiologa w książce Andruchowycza. Pesymizm w tej sytuacji bliższy jest realizmu, a rola społeczna przypomina tę, jaką odgrywał Dziad Kaczorowski w piosence Jacka Kleyffa, tyle że nie ma co liczyć na wspomnianą tam gratyfikację. Pesymizm nie powinien być przesadnie tragiczny, bo przecież to wszystko jest koniecznym sposobem osiągnięcia harmonii. Tak czy owak, podział na dionizyjskie i apollińskie nie przedstawia się chyba tak prosto, wystarczy ponad dwa tysiące lat i kilometrów od starożytnej grecji i sprawy przedstawiają się nieco inaczej, choć chyba też ciekawie.

Powyżej w ramach materiału dowodowego obrazek charakteryzujący się największym opanowaniem, jaki ostatnio narysowałem. 











.


czwartek, 9 października 2014

BABIE LATO





Jakaś dziwna pora roku, trochę nie z tego klimatu, nie z tego roku, nie z tej okolicy, spokojna i już po wszystkim.



czwartek, 2 października 2014

MATURA




Powyżej matura 2014 - znalazłem rysunek, i przypomniałem sobie jakie to ekscytujące tam siedzieć. Fascynująca jest kompletna beznadzieja i pustka tego wieńczącego szkołę rytuału, do którego zmierzają jednak w jakiś sposób szkolne lekcje. Nie sposób udawać że to nie rytuał religii państwowej, rytuał przejścia ku dorosłości. Myśl o starzeniu się w jakiejś próżni trudno odgonić, wszyscy złapani w sidła powagi sytuacji, stroje galowe, na tablicy wypisane godziny, zegar cyka, stroje galowe, kreda leży. Uczniowie udzielają odpowiedzi na temat wystarczająco typowy, by mógł być na maturze i starają się trafić w klucz rozwiązań. Nauczyciele teoretycznie nie powinni robić nic, oddawać się kontemplacji dorosłości, która w tym wydaniu jest pułapką. Proces oderwania od życia (który jest przecież jakimś aspektem edukacji)  widać potrzebuje takiego dziwnego odświętnego zakończenia.  
Jak siedziałem na tej maturze to w szybie okna odbijała się cerkiew na woli za drzewami, za jakimiś ścianami: 




Czy moglibyśmy proszę poszukać jakichś sytuacji pełniejszego istnienia, jakichś lepszych rytuałów, wpuścić trochę czegoś ludzkiego błagam, może da się wyjrzeć przez okno, może uda się zobaczyć jakąś dziwną gębę bliższą niż te sukcesy i porażki, czy już się nie uda?





wtorek, 30 września 2014

BUDY, KONIEC LATA





Wszystko wyrosło, po drodze przez Rafałówkę czerwone klony, a przy warszawskiej szosie żółte te amerykańskie jesiony, w lesie bardziej żółte brzozy i leszczyny, ale w sumie ciągle ciepłe lato, rzekotki ciągle też, jakby to nie jesień, po zimnych nocach słońce grzeje, nie było przymrozków, idziemy przez te wielkie pola po zdziczałe jabłka, przez zarastające nieużytki do domu Magdy N. Rysowałem te rysunki o innej porze roku, ale tak to wygląda właśnie teraz, możliwe, że dwadzieścia parę lat w tym miejscu o tej porze ma  jednak jakiś wpływ.




I obrazki, które te osoby robią w ramach zadania - narysujcie jak wyglądacie w tym miejscu - często wyglądają dla mnie trochę podobnie:



czwartek, 18 września 2014

KRAJOBRAZ, MYŚL I NARZĘDZIE





Mam ciągle w głowie krajobrazy górskie, i mieliśmy tam jechać na wakacje, myślałem że dla wszystkich wesołe będzie wędrowanie, wspinanie się gdzieś i patrzenie z różnych perspektyw. Rysunki górskie wydawały mi się nieść coś nowego, i na to między innymi się szykowałem. Linearność, rysunkowość gór wydawała mi się kusząca. Jednak zwiedzeni upałem pojechaliśmy na północ, na mazury garbate i potem na Litwę i Łotwę, nad morze. Chodzi po pierwsze o to, żeby dzieci były gdzieś na trawie. Po drugie - w wodzie. (Helena już sama pływa pieskiem!) Po trzecie - żeby pogodzić chęć odpoczywania z chęcią przygód i wędrowania. Tym razem przemieszczaliśmy się sporo, oprócz samochodu też rowerem i kajakiem, mieszkaliśmy w namiocie i paliliśmy ogniska, mimo, że upały oczywiście od razu zniknęły. Dzieci były na trawie, a my trochę odpoczywaliśmy  i trochę wędrowaliśmy. Rysunki też wyszły wyszły nieco kaligraficzne. Może to częściowo sprawa akwareli, może jednocześnie inne nastawienie pozwoliło mi zauważyć coś nowego. Jedno pewnie wspierało drugie.


















czwartek, 24 lipca 2014

OGÓLNE DRZEWO, OGÓLNY CZŁOWIEK





Forma drzewa, czy też w ogóle rośliny tutaj uproszczona, uogólniona, symboliczna nie w tym sensie, że ma jakieś arbitralnie przypisane znaczenie, jakby ktoś posługiwał się szyfrem jaki mogą rozumieć wtajemniczeni, ale w tym, że postać drzewa próbowałem tu przedstawić jak bohatera, ale nie konkretnego, z jakiegoś wybranego powodu wartego przedstawienia, a abstrakcyjnego, każdego, przypisując wagę podstawowym cechom schematu, jak osiowość, symetria, rozgałęzianie, poszukując czegoś bliskiego mitologicznej figurze Drzewa Życia, ale i przypisując wagę każdemu spotkanemu drzewu. Wszystkie drzewa są do siebie podobne, co nie sprawia, że nie chcemy na nie patrzeć. Waga przedstawienia może tkwić w szczególności tego co przedstawia, o ile jest w tym coś ogólnego, może tkwić w ogólności, o ile mówi coś szczególnego. Szczególność w tym przypadku nie tkwi w jakiejś grze erudycyjnych odniesień, budującej wieżę z kości słoniowej, gdzie można się wspinać po kolejnych stopniach wtajemniczenia  zaliczając kolejne punkty, ale w próbie przekazania specyficznego przeżycia tej ogólności. 




To samo z malowaniem postaci człowieka. Wszyscy jesteśmy podobni, mimo że w przeciwieństwie do drzew w pierwszym momencie często zwracamy uwagę po pierwsze na różnice. Próba powiedzenia w szczególny sposób tego, co ogólne jest o tyle trudne, że jeśli nie przyjrzeć się uważnie, nie mieć zaufania że warto się wczuwać, lub jeśli szukać przede wszystkim anegdoty, to można nic nie zauważyć na obrazie bazującym na bezpośrednim przekazie. Człowiek, który wziął ten obraz powiedział mi: to jest Adam w Raju. A więc ogólny, mitologiczny człowiek, wśród ogólnych, mitologicznych drzew. Mam więc nadzieję, że da się to zrobić w szczególny sposób nie próbując zastąpić przeżycia grą erudycyjną.



Ludzie pierwotni, kiedyś przeczytałem takie zdanie w książce, nie czcili drzew, ale moc, którą wyrażały. Drzewo Życia, obecne w różnych kulturach, w tym również chrześcijańskiej, uosabia tę moc, określa jej źródło. Potrzebuję kontaktu z tym, co prawdziwsze, bardziej totalne, ogólne, nie tylko częściowe, fragmentaryczne, anegdotyczne, przypadkowe. Człowiekowi z miasta, jakim jestem, łatwiej to odnaleźć w jakimś miejscu gdzie czuje się przestrzeń, odległość od miasta, gdzie czuje się działanie jakiegoś żywiołu. Wtedy i człowiek zyskuje łatwiej swą wagę, i drzewo. Siedzę z dziećmi pod Warszawą na działce, gdzie kiedyś była wieś, a teraz coraz więcej podmiejskich domów. Ostatnie kawałki pól giną wśród coraz wyżej rosnących chaszczy na nieużytkach. Miejscami w ogóle bardzo trudno przejść wśród jeżyn tarnin i głogów, dzieci boją się włazić w te krzaki. Przestrzeń zniknęła, wsie zarosły rezydencjami a pola krzakami. Sad, w którym kiedy byłem mały pasła się krowa, teraz zarasta krzakami, na których niszczę kolejne kosy spalinowe łudząc się, że można zrobić coś ruszając się raz do roku. Wygląda to jakoś tak:


W tym żywiole dziczenia odnalezienie tego, co ogólne i najważniejsze stało się innym, nowym wyzwaniem. Czasem odkrywamy, że zupełnie blisko czają się zaskakujące miejsca całkowicie nieznane już ludziom. Skala niby dziecinna, a doznania ekstremalne. Chwilę później, przedzierając się przez dżunglę słyszymy jednak odgłosy imprezy tuż obok. Bardzo dziwna mieszanka, która zmusza mnie by się uczyć odnajdować to, co podstawowe trochę bliżej. Przecież moc, którą wyrażają drzewa nie bierze się podobno z tych drzew




czwartek, 10 lipca 2014

CZY ŻYJĘ





Bardzo ważne dla mnie by możliwy był powrót do przestrzeni, i do malowania - do przestrzeni z wewnątrz. Bez tego nie jestem pewien, czy na pewno żyję. Bez czego człowiek powinien sobie świetnie radzić? Raz widziałem obrazek w gazecie, gdzie narysowani byli ludzie żądający zwrotu choć odrobiny kultury i natury. Nie jest chyba prawdą, że to luksusy, choć nie zawsze łatwo jest pogodzić dostęp do nich z organizacją życia. Na tym obrazie ten człowiek to w dużym stopniu ja.



piątek, 21 lutego 2014

WSZYSCY JESTEŚMY UKRAIŃCAMI


Kijów – to co widzimy to inna rzeczywistość, ale wcale nie aż tak bardzo.

Po pierwsze – niespójność. Analizy możliwego rozpadu. Przyglądanie się temu jest o tyle pouczające, że pozwala zauważyć, że cała Europa Środkowa w pewnej mierze przypomina śmietnik różnych imperiów. Podróżowanie po tej części świata pozwala podziwiać niesłychanie różne zestawienia kulturowych elementów: język romański w liturgii prawosławnej do niedawna zapisywany cyrylicą, kraj z dla nikogo niezrozumiałym językiem i ludźmi, co nie wierzą, by katolicy mogli mówić jakimś innym, dwa kraje o tym samym języku ale innym alfabecie, muzułmański kraj o języku sprzed cesarstwa rzymskiego, maleńki kraj odwołujący się do starożytnego imperium, o którym sąsiedzi twierdzą, że to ich część, kraj, który nie jest Rumunią bo jego mieszkańcy tak mówią (po Rumuńsku), dwa kraje o tym samym herbie a innej religii, w tym jeden gdzie język tego właśnie kraju jest zakazany, i tak dalej.  Gdy wracamy spotykamy słowiański kraj, który ma ambicje leżeć gdzieś daleko na zachodzie, najlepiej w Ameryce, gdzie i tak zostaniemy potraktowani jak białe niedźwiedzie. Do Ukrainy jesteśmy zazwyczaj więc odwróceni tyłem, ale ten kraj na różne sposoby nas ogromnie dotyczy. Kraj ten w swojej nazwie ma zakamuflowane słowo zadupie. Ale to jest akurat nazwa adekwatna dla całej tej strefy leżącej pomiędzy imperiami - dla nas tak samo. Zawieszenie między wschodem i zachodem zatem znamy. Czujemy się przecież jak Unici, którzy od wszystkich dostają po głowie.  

Każda z powstałych w środkowej europie kulturowych konstelacji przy choćby drobnym zetknięciu staje się tak przekonująca i oczywista, że trudno uważać ją dalej za przypadek. Wszystkie elementy tworzą całość, która jest światem mieszkających tam osób, pozwala im żyć, a żyjąc przetwarzać jej elementy tak, jak morze przekształca niesione przez wodę kawałki, i układa losowo na brzegu tak, że wyglądają, jakby odłożyło każdy na swoje jedyne odpowiednie miejsce.Dziedziczę całą tę spójną – niespójną przeszłość czy chcę czy nie chcę,  bo protest mieści się dalej w tym układzie, jak piosenki Kazika Staszewskiego, pozostając w klimacie pijackiego kazania o Polsce, kościele lub polityce nie są mniej typowo polskie przez to, że krytyczne. Wręcz chyba odwrotnie: wydaje mi się, że Polska potrzebna jest polakom również i po to, by móc na nią rytualnie narzekać. Uciekanie przed własnymi stopami wydaje mi się tak samo trudne jak całowanie się we własne usta. Słowo patriotyzm rozumiem więc raczej jako akceptację całego ciągu przyczyn, prowadzących do tego, co dzisiaj widzę i czuję. Nie chodzi o to, że wszystko było świetnie, ale że jest to jedyne, co mam.

Co może dać tożsamość oparta na paradoksie której bardziej imperialnie nastawieni ludzie typu Limonowa twierdzą, że nigdy nie będzie na tyle nośna, by coś z siebie wykrzesać? Faktycznie, nie wydaje się na razie rodzić imperiów, choć łatwo może rodzić frustratów. Może świadomie przeżywana daje szansę lepszego poznania siebie, bo każda tożsamość ostatecznie oparta jest na paradoksie, choć może on być głębiej ukryty, i, jeśli zaakceptowana – może daje szansę głębszego spotkania innego? Warto sprawdzić.

Patriotyzm rozumiem też jako staranie się – w skali w której mogę się starać. Skala państwa czy kraju wydaje mi się zbyt duża na moje możliwości. Wspólnota narodowa jest przecież raczej socjologiczna, potencjalna lub wyobrażona. Socjologicznie ma podstawy zupełnie realne: Jest wspólnotą losu i wspólnotą opowiadanych historii.  Będąc wspólnotą losu i opowieści potencjalnie rodzi najbardziej zaciekłe podziały i spory bo ani los ani opowieść nie są nigdy identyczne, a mogą być odwrotne. Działając w tej skali politycy wydają się zazwyczaj wprzęgnięci w mechanizmy pozornej debaty będącej rytualną wojną: w tak wielkiej grupie bardzo łatwo się pokłócić, ale bardzo trudno dogadać. Dlatego tak wesoło jest patrzeć, jak w sytuacji masakry na Ukrainie nagle się ze sobą zgadzają odsłaniając kolejną stereotypowo polską (i zaskakująco ludzką) cechę. Patriotyzm nie jest myślę i dla innych mieszkańców tego kraju po pierwsze pielęgnowaniem urazy, ale czymś romantycznym, a skoro tak, to z definicji przekraczającym granice, czymś ludzkim po prostu.

Nie powinien nas zwieść kontrast pańskiej Polski i ludowej Ukrainy – ta różnica przecież świadczy o syjamskim pochodzeniu państw powstałych z Rzeczpospolitej. Jak podziały wewnątrz państwa, tak odział na Polskę i Ukrainę jest przecież nie tylko podziałem na tradycję religijną Wschodu i Zachodu, ale także na szlachtę i lud, który w pewnym momencie się zorganizował. Nieuznanie Ukrainy jako trzeciego równoprawnego narodu Rzeczpospolitej przyczyniło się do upadku tego szacownego państwa, a że w Rzeczpospolitej narodem była tylko szlachta, więc tożsamość Polska pozwala odwoływać się do szlachectwa prawie wszystkim, a Ukraińska prawie nikomu. O ile w Polsce kultura ludowa od czasu, gdy można wyzbyć się piętna klasowego stała się cepelią, na Ukrainie demonstranci umilają sobie stale czas śpiewając pieśni ludowe. Kiedy w czasie pomarańczowej rewolucji byłem w Kijowie, mogłem przyłączyć się do wspólnego śpiewu znając piosenki między innymi od dziadków, którzy jednak o istnieniu kultury ukraińskiej wypowiadają się raczej z rezerwą, bo kultura to jednak Szopen.

Na granicy z Ukrainą można obserwować jak pogranicznicy reprezentujący pańską Polskę traktują Ukraińców. Niepokoi mnie że traktowanie przez nas Ukrainy jak dzikich pól nie odbiega aż tak bardzo od tego, jak traktują ją władcy wywodzący się z ZSRR: są oni po prostu posiadaczami. Na szczęście jest w nas również inna tradycja - solidarności, szczególnie z tymi co walczą o wolność, co walczą ze złą władzą. Brak zaufania do państwa, skłonność do anarchii i organizacji oddolnej też wydają się wspólnym dziedzictwem – to kojarzy się tak z początkiem Ukrainy jak i majdanem, ale i z tym, że będzie bardzo trudno odbudować tam państwo. Jednocześnie przecież polskie największe dokonania i stereotypowe polskie przywary nawiązują do tych samych cech.  

Niezależnie czy dramatyczna sytuacja na Ukrainie prowadzi do wojny domowej, czy do poprawy sytuacji w państwie, majdan jest na pewno przeżyciem prawdziwej wspólnotowości, jaka zatraca się w sytuacji pokoju. Jest też miejscem, gdzie kultura wydaje się czymś żywym i koniecznym. Myślę między innymi o tych śpiewach które nie milkną wcale w kontekście tylu śmierci. W czasie poprzednich protestów ulicznych, jakie doprowadziły do obalenia Kuczmy już czuło się  to w mikro – skali, (a tam przecież nikt ginął, a śpiewy tłumu zagłuszane były nieco przez przebój razom nas bohato.) Wiemy, że grupa jest groźna bo w takiej skali nie wiadomo nigdy co zrobi, ale przecież to właśnie jest żywe społeczeństwo, którego przejawy przeżyliśmy w Polsce, a teraz nieco do niego po cichu tęsknimy.

W komputerze widzimy wszystko jak na dłoni. Taka pozycja zazwyczaj zwiększa beznadziejną bierność, ale sytuacja jest w tym momencie niezwykle prosta: tam są ranni ludzie, którzy nie mogą iść do szpitala, bo stamtąd mogą zostać zabrani przez jakąś milicję i zabici. Trzeba im pomóc, i mieszkańcy Kijowa im pomagają. Bogaty Zachód to w tym momencie my, a tak się składa, że rozumiemy, co się dzieje, i co trzeba zrobić. Potrzebne są pieniądze lekarstwa i ubrania. Dla nas jest szansa na odnalezienie ludzkiej skali, jest szansa na chwilowe wyjście z alienacji. Jest szansa na chwilowe zawieszenie podziałów historycznych, szansa na głębsze poczucie wspólnoty losu. Nie czas na rysowanie mapek ze strefami wpływu, nie czas na weryfikowanie barw politycznych, czas na pomoc.

wtorek, 18 lutego 2014

ROZTOPY NAD WISŁĄ


MAJDAN W REMONCIE

Zima faktycznie przyszła niedługo po poprzednim wpisie, było kilka okazji do zjeżdżania na sankach, było jak zwykle trochę zimowego chorowania, ja nawet zdążyłem pojeździć chwilę w puszczy knyszyńskiej na biegówkach w przerwie między obowiązkami. Poniżej zdjęcie z obowiązków remontowych: ułożony przez Szwagra zbiór cegieł z rozbiórki ściany, którego dokonaliśmy omawiając temperaturę na Kijowskim majdanie. Cegły, jak widać miały w tamtych latach własne charaktery, a układanie z nich wydobywa element wspólny, zbiorowy. Nośność skojarzeń jakie mogą się w takim kontekście pojawić i oszczędność formy kwalifikuje ten obiekt niemal do galerii, albo nawet lepiej - doskonale się go podziwia w remontowanym mieszkaniu, gdzie wspaniale spoczywają przyprószone pokrywającym wszystko pyłem pochodzącym z kucia tynku. Przestrzeń galeryjna nie powinna być wymagana do takich zabaw, wręcz przeciwnie, wydaje się je raczej psuć wprowadzając nastrój niepotrzebnego piedestału. Niezależnie czy mowa o kupce cegieł, czy obrazie, nad którym pracujesz wiele dni, sztuka nie przestaje być sposobem patrzenia, i wymaga umysłowości bliskiej dziecka i wioskowego głupka. Dlaczego sztuka 20 wieku stała się więźniem galerii, zamiast, zgodnie z postulatem stać się częścią życia? Chyba dlatego, że niewiele osób chce robić z siebie głupka.


wtorek, 14 stycznia 2014

LAND ART, RYTM I ZMIANY KLIMATU

Uciążliwy brak zimy spowodował, że żyjemy w jakimś permanentnym listopadzie. Wiadomo, trudno powiedzieć czemu, każdy rok jest troszkę inny, jak coś zależy od tylu czynników, to trudno dokładnie  takie coś przewidzieć. Zimy, jak i inne zjawiska przyrodnicze, mają prawo i obowiązek być różne. W ciągu ostatnich 30 lat pamiętam jednak kilka takich paskudnych zim, które jak słyszałem wcześniej raczej się nie zdarzały, a to już wskazuje na jakąś zmianę. Od dziecka trzymam kciuki za zimę, tak utrudniającą skądinąd wielu ludziom życie. Fakt, że trudno ostatecznie wyjaśnić zmiany klimatu z braku kilku globów do eksperymentów, oraz że wszyscy wolimy nasmrodzić jak najwięcej bez oglądania się na skutki wcale mnie nie pociesza, i nie dostarcza dobrej odpowiedzi dla dzieci, czekających na śnieg.  W ramach przywoływania zimy - trochę zeszłorocznego dziecięcego land artu. Każda kreska wyszła też trochę inaczej. Interesuje mnie taki graficzny efekt powtarzalności i rytmu połączonego z różnorodnością, właściwy zjawiskom przyrodniczym.